Pani Ewa Wesołowska popełniła w ostatnim numerze tygodnika „Angora“ prześmiewczy artykuł pt. „Koniec świata nastąpi“, dość obszernie posługując się przy tym wyrwanymi z kontekstu cytatami z naszego portalu http://agepo.pl.
Biorąc pod uwagę wynikające stąd potencjalnie szkody dla wizerunku naszego portalu, domagamy się prawa do polemiki.
Projekt „agepo“ ma swoją prahistorię, zaczynającą się bodaj od mojego tekstu pt. „Ekolodzy“ do gnoju!“ (por. http://tiny.pl/hcthq - przedruk jest jak najbardziej dozwolony!). Fakt ten nie musi oczywiście interesować ani zwykłego czytelnika naszego portalu, ani też piszącego o nim dziennikarza. Wydaje mi się jednak, że wynikające z owej prahistorii stanowisko naszej trójki zostało jasno i wyraźnie przedstawione w cytowanych przez autorkę artykułu (złośliwie, w sposób sugerujący coś całkowicie przeciwnego naszym intencjom) „Założeniach projektu Agepo“ (por. http://tiny.pl/hcthv). Otóż, wbrew temu, co p. Wesołowska próbuje nam imputować, my wcale nie jesteśmy jakimiś „katastrofistami“! Przeciwnie: toczymy nieustanny spór ze zwolennikami takiego właśnie stanowiska. Starając się na przykładzie konkretnych problemów pokazać, że ludzie są w stanie poradzić sobie z większością tych zagrożeń które, w rozumieniu różnej maści „ekologów“, „katastrofistów“ czy innych proroków Dnia Sądu – mają oznaczać koniec ludzkości, a przynajmniej – koniec ludzkiej cywilizacji.
Oczywiście, można do problemu „upadku cywilizacji“ podejść w tak lekki, łatwy i przyjemny sposób, jak to zrobiła w swoim artykule p. Wesołowska – po prostu lekceważąc zagadnienie. Wesoły ten artykuł stał się jednak w efekcie tak prosty, że aż prostacki. Pani Wesołowska nie zadała sobie najmniejszego trudu zrozumienia postaw, które próbuje opisywać, nie mówiąc już – o intelektualnym wysiłku pojęcia tego, co w mniemaniu prawdziwych czy rzekomych „katastrofistów“ ma ową katastrofę przynieść..?
Tymczasem problem nie jest łatwy ani mały. W Roku Pańskim 1911 przeciętny człowiek z ulicy i przeciętny redaktor najbardziej nawet opiniotwórczego pisma zapytany, czy spodziewa się końca świata, parsknąłby tylko śmiechem. Tymczasem już w niespełna trzy lata później taki świat, jaki ci ludzie od urodzenia znali, rzeczywiście się skończył – w okopach I wojny światowej. Jest to chyba wystarczająca przestroga przed robieniem sobie nieprzystojnych żartów z rzeczy, na których być może nie do końca się znamy, a których zrozumieć, nawet nie próbujemy..?
Mianem „katastrofisty“ można określić każdego zwolennika jednej z trzech grup poglądów (piszę „grup poglądów“, a nie po prostu „poglądów“ dlatego, że oczywiście istnieje tu cała masa odcieni, niuansów, przeciwieństw i sporów – dla potrzeb tej polemiki, nie mają one jednak większego znaczenia).
Do pierwszej grupy należą radykalni „ekolodzy“ (cudzysłów oznacza, że nie są to adepci szacownej wiedzy o równowadze pomiędzy środowiskiem naturalnym a zamieszkującymi je organizmami żywymi, tylko politycy lub wyznawcy „kultu przyrody“) oraz pewne inne grupy mizantropów, którym ludzkość jest nienawistna, wypatrujący załamania się naszej cywilizacji przemysłowej z nadzieją i utęsknieniem. Niektórzy z nich próbują nawet czynem owo załamanie przyspieszyć. Wychodzą bowiem z założenia, że „ludzkość jest wrzodem na zdrowym ciele Gai“ – i trzeba się jej, w interesie planety, jak najszybciej i jak najradykalniej pozbyć. Byłoby ciekawym zadaniem dla ambitnego dziennikarza śledczego zbadać, jaki jest stosunek oficjalnych, legalnych i często biorących udział w rządach w Europie organizacji „zielonych“ do owych radykałów ruchu ekologicznego!
Do drugiej grupy należą różnej maści irracjonaliści (od wyznawców astrologii po wyznawców UFO), wypatrujący rychłego końca świata w biblijnym, tj. apokaliptycznym sensie tego słowa – jako zamknięcia rozdziału pt. „ludzkość“ w Bożych planach, lub też jako jakiejś ogólnoplanetarnej katastrofy naturalnej (czy tą katastrofą ma być wybuch superwulkanu w Yellowstone, czy też zderzenie z Ziemią komety…). Niektóre spośród poglądów reprezentowanych w ramach tej grupy bywają nawet dość ciekawe i warte zastanowienia. Choćby dla intelektualnej rozrywki, jeśli nie z innych powodów (osobną kategorią są katastroficzne przepowiednie o naukowym charakterze – tutaj polecałbym wszystkim artykuł prof. Andrzeja Altenbergera, pt. „Bijące serce Gai“ – zapowiada się z tego niezła sensacja! Por. http://tiny.pl/hctxq). Inne są całkowicie absurdalne. Ogólnie rzecz biorąc jednak, jest to grupa nieszkodliwa. Na ten rodzaj katastrofy, którą wieszczą i tak na ogół nic się nie da poradzić, a i przygotowywać się do niej – inaczej niż modląc się – raczej nie sposób.
Trzecia wreszcie grupa może miano „katastrofisty“ nosić wyłącznie w cudzysłowie. Nie są to bowiem ludzie którzy pragną końca ludzkości czy końca cywilizacji, ani też nie otrzymali żadnego znaku od Boga czy przesłania od mieszkańców Wegi, że z ludzkością jest krucho. Są to ludzie zatroskani przyszłością swoją i swoich dzieci. Jeśli coś ich odróżnia od pospolitego tłumu, to ciekawość i spostrzegawczość. Jeśli zaś ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy nie może nie zauważyć, że zapasy nieodnawialnych surowców energetycznych na naszej planecie nie są nieskończone. Kiedyś zatem muszą się skończyć. Czy kończą się już teraz, czy też będzie możliwy ciągły wzrost ich wydobycia jeszcze przez kolejne dziesiątki lat..? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taki problem w ogóle nie istnieje, nie warto zaprzątać sobie nim głowy, a ludzi, których to niepokoi uważać za wariatów!
Jeśli ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy, nie może nie zauważyć, że poziom zadłużenia tak rządów i instytucji publicznych (zwłaszcza systemów emerytalnych), jak i zwykłych ludzi, osiąga rozmiary nie notowane wcześniej w historii. Poza okresami poprzedzającymi ogromne załamania ekonomiczne, skutkujące także zmianami politycznymi i społecznymi. Czy to znaczy, że stoimy w przededniu wielkiego krachu na miarę tego, który się rzeczywiście wydarzył w roku 1929? I czy potem nastąpi wojna i rewolucja? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taka ewentualność jest wykluczona! Dlaczego i jakim cudem miałaby być wykluczona? Bo należymy do NATO i Unii Europejskiej..? Ależ to zakrawa na wiarę w magię! Czy z samego bowiem faktu przynależności do „Europy“ wynika, że budżet naszego państwa już się nie może – kolokwialnie pisząc – „przewrócić“, a banków operujących w Polsce dotknąć taka seria bankructw jak całkiem niedawno w Argentynie, w Stanach Zjednoczonych, w Grecji, a teraz właśnie – w Irlandii..? Czy nic już nie musimy robić, bo wszystkie problemy rozwiąże za nas Bruksela..? Owszem, taki jest – mniej więcej – pijar rządu p. Donalda Tuska. Ale co z tego..? Mnie p. Donald Tusk za swój pijar nie płaci, dlaczego miałbym się zatem jego wizerunkiem i mitem „zielonej wyspy wzrostu“ w ogóle przejmować..? To jego problem, że stawianie takich pytań jest politycznie niewygodne, nie mój. A jak się okazuje – pytania takie stawiane są coraz częściej i robią to osoby w żaden sposób nie zaliczane przez „opinię publiczną“ do „oszołomów“ – wystarczy przeczytać co niedawno napisał na swoim blogu prof. Rybiński (por. http://tiny.pl/hctq5).
Ludzie wyznający taką odmianę „katastrofizmu“ byli w Polsce na długo przedtem, nim uruchomiliśmy nasz projekt „Agepo“. Panuje zresztą wśród nich ogromna rozmaitość poglądów – od takich, które zakładają że wszelkie problemy, jakkolwiek drastyczne skutki by z nich nie wynikały, są tylko przejściowym kłopotem i wystarczy niewielkie dostosowanie strukturalne, a powrócimy na ścieżkę „zdrowego wzrostu“ do takich, które rzeczywiście wymagają już budowy ziemianki w najbliższym lesie i gromadzenia konserw i amunicji. Wszystkie te poglądy spotykają się zresztą na naszym portalu, który właśnie do tej grupy ludzi jest adresowany.
Naszą intencją jest przedstawianie im rozwiązań zabezpieczających przed różnymi aspektami możliwego kryzysu. Przed brakiem lub astronomicznymi cenami nawozów sztucznych i paliwa do ciągników. Przed wzrostem obciążeń podatkowych i opresyjności państwa. Przed fizycznym załamaniem nie remontowanych od dziesięcioleci polskich sieci przesyłowych średniego i niskiego napięcia, na odnowienie których nikt nie ma środków. Przed brakiem pracy dla absolwentów nikomu do niczego niepotrzebnych i niczego nie uczących kierunków studiów. Przed załamaniem finansów publicznego systemu opieki zdrowotnej.
Staramy się przedstawiać rozwiązania wypracowane w oparciu o najlepszą wiedzę, jaką możemy dysponować. Zapraszamy do współpracy wszystkich, którzy chcieliby się podzielić swoimi przemyśleniami, a mają stosowne, specjalistyczne przygotowanie. Jak do tej pory wygląda na to, że każdy z możliwych do przewidzenia skutków czy to wzrostu cen paliw kopalnych, czy to załamania systemu finansowego – jest do rozwiązania. Indywidualnie, na skalę pojedynczej rodziny, w najgorszym razie – jakiejś grupy sąsiadów, bo polityką i zmianami systemowymi zajmować się nie zamierzamy. A przynajmniej: można w ten sposób dolegliwość skutków takiego czy innego braku znacząco złagodzić. Bez masowego głodu, epidemii, wojny, rewolucji i śmierci 9/10 mieszkańców Polski. Czyli: bez katastrofy właśnie! Jak w takim razie można nasz projekt nazywać „katastroficznym“..? „Anty-katastroficznym“ – to już prędzej! Niezależnie od tego, czy nasze ćwiczenia umysłowe są tylko sztuką dla sztuki, czy też – co nie daj Panie Boże – komuś się naprawdę w życiu przydadzą…
Innymi słowy: p. Wesołowska trafiła kulą w płot. Lenistwo intelektualne którego się dopuściła jest jednak łatwe do naprawienia – wystarczy, że zdecydują się Państwo na publikację powyższej polemiki. Pozostaję z poważaniem,
Jacek Kobus
Współzałożyciel portalu Agepo.pl
Autor bloga „Konie achałtekińskie i… inne sprawy!“
Odpowiedź Pani Ewy Wesołowskiej:
Szanowny Panie,
dziękujemy za Pański email. Jest nam bardzo miło, że jest Pan
czytelnikiem Angory.
Niestety, nie do końca zrozumiał Pan moje intencje. W założeniu miał
to być żartobliwy artykuł traktujący nie o poważnych przyczynach i
skutkach ewentualnego załamania naszej cywilizacji, ale o reakcjach
ludzi, często przesadzonych i nadmiernie emocjonalnych, na, nie
neguję, możliwy koniec świata w jakim żyjemy. Wszyscy, którzy
cokolwiek publikujemy, zarówno Pan, jak i my, piszący do Angory,
musimy się liczyć z tym, że nasze teksty będą się spotykać z odbiorem,
który niekoniecznie będzie po naszej myśli. Będziemy mieć zarówno
sympatyków jak i przeciwników, ludzi którzy się z nami zgodzą lub
innych, którzy potraktują nas nie bardzo serio. Taki już los
piszących. A ponieważ ja osobiście nie jestem zwolenniczką czynienia
drobiazgowych przygotowań do mogących nastąpić kiedyś, w jakiejś
nieokreślonej przyszłości, jakichś ewentualnych zagrożeń, napisałam o
tym artykuł humorystyczny, choć na pewno nie obraźliwy i nie
wyrządzający żadnych szkód Panu i Pańskiej stronie internetowej. A być
może, kto wie, przysporzyliśmy Panu nowych czytelników. Zaś określenie
“katastrofista” to nic pejoratywnego, słowo “katastrofizm” to według
Słownika Języka Polskiego po prostu “pesymistyczna postawa życiowa
opierająca się na przeświadczeniu o nieuchronności zagłady
współczesnego świata”.
Raz jeszcze dziękujemy za polemikę.
Życzymy szczęścia i dużo uśmiechu, w nowym roku.
Z poważaniem
Ewa Wesołowska
Czy jestem katastrofistą..?
Jacek Kobus
http://boskawola.blogspot.com
Pani Ewa Wesołowska popełniła w ostatnim numerze tygodnika „Angora“ prześmiewczy artykuł pt. „Koniec świata nastąpi“, dość obszernie posługując się przy tym wyrwanymi z kontekstu cytatami z naszego portalu http://agepo.pl.
Biorąc pod uwagę wynikające stąd potencjalnie szkody dla wizerunku naszego portalu, domagamy się prawa do polemiki.
Projekt „agepo“ ma swoją prahistorię, zaczynającą się bodaj od mojego tekstu pt. „„Ekolodzy“ do gnoju!“ (por. http://tiny.pl/hcthq - przedruk jest jak najbardziej dozwolony!). Fakt ten nie musi oczywiście interesować ani zwykłego czytelnika naszego portalu, ani też piszącego o nim dziennikarza. Wydaje mi się jednak, że wynikające z owej prahistorii stanowisko naszej trójki zostało jasno i wyraźnie przedstawione w cytowanych przez autorkę artykułu (złośliwie, w sposób sugerujący coś całkowicie przeciwnego naszym intencjom) „Założeniach projektu Agepo“ (por. http://tiny.pl/hcthv). Otóż, wbrew temu, co p. Wesołowska próbuje nam imputować, my wcale nie jesteśmy jakimiś „katastrofistami“! Przeciwnie: toczymy nieustanny spór ze zwolennikami takiego właśnie stanowiska. Starając się na przykładzie konkretnych problemów pokazać, że ludzie są w stanie poradzić sobie z większością tych zagrożeń które, w rozumieniu różnej maści „ekologów“, „katastrofistów“ czy innych proroków Dnia Sądu – mają oznaczać koniec ludzkości, a przynajmniej – koniec ludzkiej cywilizacji.
Oczywiście, można do problemu „upadku cywilizacji“ podejść w tak lekki, łatwy i przyjemny sposób, jak to zrobiła w swoim artykule p. Wesołowska – po prostu lekceważąc zagadnienie. Wesoły ten artykuł stał się jednak w efekcie tak prosty, że aż prostacki. Pani Wesołowska nie zadała sobie najmniejszego trudu zrozumienia postaw, które próbuje opisywać, nie mówiąc już – o intelektualnym wysiłku pojęcia tego, co w mniemaniu prawdziwych czy rzekomych „katastrofistów“ ma ową katastrofę przynieść..?
Tymczasem problem nie jest łatwy ani mały. W Roku Pańskim 1911 przeciętny człowiek z ulicy i przeciętny redaktor najbardziej nawet opiniotwórczego pisma zapytany, czy spodziewa się końca świata, parsknąłby tylko śmiechem. Tymczasem już w niespełna trzy lata później taki świat, jaki ci ludzie od urodzenia znali, rzeczywiście się skończył – w okopach I wojny światowej. Jest to chyba wystarczająca przestroga przed robieniem sobie nieprzystojnych żartów z rzeczy, na których być może nie do końca się znamy, a których zrozumieć, nawet nie próbujemy..?
Mianem „katastrofisty“ można określić każdego zwolennika jednej z trzech grup poglądów (piszę „grup poglądów“, a nie po prostu „poglądów“ dlatego, że oczywiście istnieje tu cała masa odcieni, niuansów, przeciwieństw i sporów – dla potrzeb tej polemiki, nie mają one jednak większego znaczenia).
Do pierwszej grupy należą radykalni „ekolodzy“ (cudzysłów oznacza, że nie są to adepci szacownej wiedzy o równowadze pomiędzy środowiskiem naturalnym a zamieszkującymi je organizmami żywymi, tylko politycy lub wyznawcy „kultu przyrody“) oraz pewne inne grupy mizantropów, którym ludzkość jest nienawistna, wypatrujący załamania się naszej cywilizacji przemysłowej z nadzieją i utęsknieniem. Niektórzy z nich próbują nawet czynem owo załamanie przyspieszyć. Wychodzą bowiem z założenia, że „ludzkość jest wrzodem na zdrowym ciele Gai“ – i trzeba się jej, w interesie planety, jak najszybciej i jak najradykalniej pozbyć. Byłoby ciekawym zadaniem dla ambitnego dziennikarza śledczego zbadać, jaki jest stosunek oficjalnych, legalnych i często biorących udział w rządach w Europie organizacji „zielonych“ do owych radykałów ruchu ekologicznego!
Do drugiej grupy należą różnej maści irracjonaliści (od wyznawców astrologii po wyznawców UFO), wypatrujący rychłego końca świata w biblijnym, tj. apokaliptycznym sensie tego słowa – jako zamknięcia rozdziału pt. „ludzkość“ w Bożych planach, lub też jako jakiejś ogólnoplanetarnej katastrofy naturalnej (czy tą katastrofą ma być wybuch superwulkanu w Yellowstone, czy też zderzenie z Ziemią komety…). Niektóre spośród poglądów reprezentowanych w ramach tej grupy bywają nawet dość ciekawe i warte zastanowienia. Choćby dla intelektualnej rozrywki, jeśli nie z innych powodów (osobną kategorią są katastroficzne przepowiednie o naukowym charakterze – tutaj polecałbym wszystkim artykuł prof. Andrzeja Altenbergera, pt. „Bijące serce Gai“ – zapowiada się z tego niezła sensacja! Por. http://tiny.pl/hctxq). Inne są całkowicie absurdalne. Ogólnie rzecz biorąc jednak, jest to grupa nieszkodliwa. Na ten rodzaj katastrofy, którą wieszczą i tak na ogół nic się nie da poradzić, a i przygotowywać się do niej – inaczej niż modląc się – raczej nie sposób.
Trzecia wreszcie grupa może miano „katastrofisty“ nosić wyłącznie w cudzysłowie. Nie są to bowiem ludzie którzy pragną końca ludzkości czy końca cywilizacji, ani też nie otrzymali żadnego znaku od Boga czy przesłania od mieszkańców Wegi, że z ludzkością jest krucho. Są to ludzie zatroskani przyszłością swoją i swoich dzieci. Jeśli coś ich odróżnia od pospolitego tłumu, to ciekawość i spostrzegawczość. Jeśli zaś ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy nie może nie zauważyć, że zapasy nieodnawialnych surowców energetycznych na naszej planecie nie są nieskończone. Kiedyś zatem muszą się skończyć. Czy kończą się już teraz, czy też będzie możliwy ciągły wzrost ich wydobycia jeszcze przez kolejne dziesiątki lat..? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taki problem w ogóle nie istnieje, nie warto zaprzątać sobie nim głowy, a ludzi, których to niepokoi uważać za wariatów!
Jeśli ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy, nie może nie zauważyć, że poziom zadłużenia tak rządów i instytucji publicznych (zwłaszcza systemów emerytalnych), jak i zwykłych ludzi, osiąga rozmiary nie notowane wcześniej w historii. Poza okresami poprzedzającymi ogromne załamania ekonomiczne, skutkujące także zmianami politycznymi i społecznymi. Czy to znaczy, że stoimy w przededniu wielkiego krachu na miarę tego, który się rzeczywiście wydarzył w roku 1929? I czy potem nastąpi wojna i rewolucja? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taka ewentualność jest wykluczona! Dlaczego i jakim cudem miałaby być wykluczona? Bo należymy do NATO i Unii Europejskiej..? Ależ to zakrawa na wiarę w magię! Czy z samego bowiem faktu przynależności do „Europy“ wynika, że budżet naszego państwa już się nie może – kolokwialnie pisząc – „przewrócić“, a banków operujących w Polsce dotknąć taka seria bankructw jak całkiem niedawno w Argentynie, w Stanach Zjednoczonych, w Grecji, a teraz właśnie – w Irlandii..? Czy nic już nie musimy robić, bo wszystkie problemy rozwiąże za nas Bruksela..? Owszem, taki jest – mniej więcej – pijar rządu p. Donalda Tuska. Ale co z tego..? Mnie p. Donald Tusk za swój pijar nie płaci, dlaczego miałbym się zatem jego wizerunkiem i mitem „zielonej wyspy wzrostu“ w ogóle przejmować..? To jego problem, że stawianie takich pytań jest politycznie niewygodne, nie mój. A jak się okazuje – pytania takie stawiane są coraz częściej i robią to osoby w żaden sposób nie zaliczane przez „opinię publiczną“ do „oszołomów“ – wystarczy przeczytać co niedawno napisał na swoim blogu prof. Rybiński (por. http://tiny.pl/hctq5).
Ludzie wyznający taką odmianę „katastrofizmu“ byli w Polsce na długo przedtem, nim uruchomiliśmy nasz projekt „Agepo“. Panuje zresztą wśród nich ogromna rozmaitość poglądów – od takich, które zakładają że wszelkie problemy, jakkolwiek drastyczne skutki by z nich nie wynikały, są tylko przejściowym kłopotem i wystarczy niewielkie dostosowanie strukturalne, a powrócimy na ścieżkę „zdrowego wzrostu“ do takich, które rzeczywiście wymagają już budowy ziemianki w najbliższym lesie i gromadzenia konserw i amunicji. Wszystkie te poglądy spotykają się zresztą na naszym portalu, który właśnie do tej grupy ludzi jest adresowany.
Naszą intencją jest przedstawianie im rozwiązań zabezpieczających przed różnymi aspektami możliwego kryzysu. Przed brakiem lub astronomicznymi cenami nawozów sztucznych i paliwa do ciągników. Przed wzrostem obciążeń podatkowych i opresyjności państwa. Przed fizycznym załamaniem nie remontowanych od dziesięcioleci polskich sieci przesyłowych średniego i niskiego napięcia, na odnowienie których nikt nie ma środków. Przed brakiem pracy dla absolwentów nikomu do niczego niepotrzebnych i niczego nie uczących kierunków studiów. Przed załamaniem finansów publicznego systemu opieki zdrowotnej.
Staramy się przedstawiać rozwiązania wypracowane w oparciu o najlepszą wiedzę, jaką możemy dysponować. Zapraszamy do współpracy wszystkich, którzy chcieliby się podzielić swoimi przemyśleniami, a mają stosowne, specjalistyczne przygotowanie. Jak do tej pory wygląda na to, że każdy z możliwych do przewidzenia skutków czy to wzrostu cen paliw kopalnych, czy to załamania systemu finansowego – jest do rozwiązania. Indywidualnie, na skalę pojedynczej rodziny, w najgorszym razie – jakiejś grupy sąsiadów, bo polityką i zmianami systemowymi zajmować się nie zamierzamy. A przynajmniej: można w ten sposób dolegliwość skutków takiego czy innego braku znacząco złagodzić. Bez masowego głodu, epidemii, wojny, rewolucji i śmierci 9/10 mieszkańców Polski. Czyli: bez katastrofy właśnie! Jak w takim razie można nasz projekt nazywać „katastroficznym“..? „Anty-katastroficznym“ – to już prędzej! Niezależnie od tego, czy nasze ćwiczenia umysłowe są tylko sztuką dla sztuki, czy też – co nie daj Panie Boże – komuś się naprawdę w życiu przydadzą…
Innymi słowy: p. Wesołowska trafiła kulą w płot. Lenistwo intelektualne którego się dopuściła jest jednak łatwe do naprawienia – wystarczy, że zdecydują się Państwo na publikację powyższej polemiki. Pozostaję z poważaniem,
Jacek Kobus
Współzałożyciel portalu Agepo.pl
Autor bloga „Konie achałtekińskie i… inne sprawy!“