Kto handluje ten żyje

Posted: Luty 6, 2011 by maczetaockhama1 in Maczeta Ockhama
Tagi: , ,

Jedną z ważniejszych spraw przy przewidywaniu rosnącej opresyjności państwa jest zabezpieczenie  naszych własnych interesów.

Oczywiście zanim się schowamy w lesie jakoś trzeba żyć, a najlepiej jest żyć dobrze i wygodnie, jednocześnie mając możliwość tworzenia odpowiednich zabezpieczeń. Tak właśnie powinniśmy korzystać z obecnych, całkiem jeszcze dobrych czasów.  Największe możliwości w tym względzie zapewnia nam prowadzenie własnych interesów, tylko jak to robić bezpiecznie?

Przydałoby się tutaj zastosować garść szlachetnych zasad, które można opisać w skrócie jako korzystanie z obcych jurysdykcji i innych możliwości zabezpieczenia majątku w celu ochrony własnej wolności i własności. A zagrożenia dla własności są w Polsce realne, jak najbardziej – głównie ze strony aparatu państwowego i wydaje się, że ta tendencja może się tylko nasilać. Oczywiście, nie wszystko możemy schować, ale pan Kluska miałby nieco mniejsze problemy mając świadomość, że po odrzuceniu mafijnych propozycji ze strony przedstawicieli Państwa coś mu jednak zostanie. Co prawda akurat on wierzył w uczciwość i sprawiedliwość reżimu. Cóż… Ja nie mam takich złudzeń. Może po prostu trochę za dużo widziałem.

Tak czy inaczej dziś są właśnie względnie spokojne czasy i nie ma dokładnie żadnych podstaw aby przypuszczać, że  potrwają jeszcze długo. To jest właśnie czas na zabezpieczenie się przed skarbówką, inspirowaną przez polityków oraz ich innymi “dobrymi” pomysłami. Wiele mówi już budżet na 2011 r., gdzie zapisano wyraźny wzrost dochodów z kar i grzywien. A to z cała pewnością nie koniec. W miarę rozwoju kryzysu spodziewam się w oczywisty sposób wzrastającej represyjności państwa.

Oczywiście nie oznacza to konieczności schronienia się w odludnym miejscu w lesie. Po prostu – trzeba jakoś żyć – i na kryzysie niektórzy też zarobią, choćby w konsekwencji zwykłego wzrostu przestępczości, np. producenci systemów antywłamaniowych. Z drugiej strony jednak prowadzenie interesów będzie coraz trudniejsze. Było to przerabiane w trakcie kryzysu 2001 r. a polegało na szukaniu dokładnie każdego pretekstu dla dowolnego skrojenia kontrolowanego podatnika. Ale nawet w tak zorganizowanym systemie były pewne nadużycia: niezależnie od planowego łupienia  pojawiały się tez inicjatywy prywatne jak sprawa pana Kluski, czy dość długi zestaw przygód jakie można mieć w kontakcie z administracją celną.

Cóż, twierdzę, że dość naturalną reakcją aparatu państwowego na kryzys jest właśnie zwiększona eksploatacja zasobów – i tu się całkowicie zgadzam z Jackiem Kobusem. Obecne rezerwy wyglądają już teraz dość marnie – miejsca na podwyżki podatków jest niewiele, sprzedawać właściwie już nie ma co, a i z pożyczaniem powoli zaczynają się problemy. Właściwie jedyną realna możliwością ratowania finansów publicznych jest właśnie zapisany w ustawie budżetowej „wzrost dochodów z tytułu kar i grzywien”.

To oczywiście powinno wywołać odruch ratowania finansów własnych przed ich poświęceniem w celu ratowania finansów publicznych – chyba, że ktoś lubi obdarzać budżet państwa i gminy darowiznami. Nie mam najmniejszego zamiaru nikogo do tego zrażać…

Poza tym, jeśli ktoś potrafi sprzedawać swoje/cudze produkty czy usługi – jest to z całą pewnością jedna z najcenniejszych umiejętności w czasach kryzysu. Z całą pewnością jest to też zbyt cenny talent, aby go marnować siedząc w ziemiance na odludziu.

Oczywiście, jeśli kryzys potrwa i będzie się pogłębiał, wytworzy się jakaś równowaga najprawdopodobniej oparta na rozbudowanej szarej strefie, płaceniu jakichś podatków dla przyzwoitości i pokrywaniu reszty łapówkami o ustalonej zwyczajem wysokości.

Tylko, że dopóki ta równowaga się nie ustali, należy bardzo dokładnie przemyśleć swoje interesy. Oczywiście literalne przestrzeganie prawa podatkowego jest w wypadku biznesów ciut bardziej skomplikowanych niemożliwe w praktyce, choć byłoby bardzo wskazane. A w tej sytuacji trzeba się zabezpieczać przynajmniej przed skutkami bankructwa…

To jest rzecz bardzo zalecana i zdecydowanie należy się tym zająć, dopóki wszystko jest w porządku. Bo świat się zmienia… To co dziś jest świetnym interesem jutro może stać się gwoździem do trumny.

Oczywiście, we wszystkim zachowajmy umiar,  w nadchodzących latach jednakże największym zagrożeniem będzie nasz ukochany rząd (schyłek imperium rzymskiego się kłania). Dopóki korzyści z przynależności do cywilizacji przemysłowej są znacznie większe niż zagrożenia, to lepiej się po prostu przystosować.

Częścią tego przystosowania jest oczywiście jak najmniejsze narażenie na agresję zgłodniałych zombi inspektorów skarbowych.

Jak to robić, to już jest w każdym wypadku sprawa indywidualna, ale podstawowe zasady pozostają te same: nie należy trzymać całego majątku w jednym kraju, nie należy wszystkiego ryzykować w jednej własnej firmie, a w miarę możliwości należy oczywiście posiadać jak najrozsądniejszy zestaw wyjść alternatywnych.

Gwoli przypomnienia- Czytaj resztę wpisu »

Gumowe ucho zbója Gębona

Posted: Styczeń 20, 2011 by futrzak in Jacek Kobus
Tagi: , ,

Jak już od 30 lat wiadomo, „rząd się wyżywi“. Stąd mniemanie że taki drobiazg, jak finansowy „default“, mógłby nas doprowadzić do stanu bezpaństwowego bezrządu – wydaje mi się grubą naiwnością. Nawet zresztą upadek państwa, jak uczy doświadczenie, wcale nie oznacza braku władzy. Jakaś władza zawsze istnieje. Choćby miała mieć postać ulicznego gangu uzbrojonego w mocno już przechodzone „kałasze“..!

Jeszcze najlepszą rzeczą jaka by nas mogła spotkać w razie bankructwa władzuchny naszej kochanej, połączonego z ogólnoświatowym zamieszaniem wywołanym rosnącymi cenami żywności (to już nawet Kamil Durczok na samym Onecie zauważył, że 25% rok do roku żarcie zdrożało..! Ludzie! Trwoga..!) i ropy naftowej, byłoby zrzucenie tej teatralnej maski którą, co najmniej od 1944 roku, władzuchna nasza kochana, jaka by jej nie była postać, twarz swą prawdziwą przesłania. Nie spodobałoby się nam to, co byśmy pod tą maską ujrzeli, to pewne. Jednak – prawda wyzwala, czyż nie..?

Osobiście jednak bym na tak szczęśliwe zrządzenie losu nie liczył. Zbyt wiele, zbyt ważnych interesów ta maska przesłania – i zbyt się do niej ludzie przyzwyczaili, żeby tak całkiem z tego rekwizytu zrezygnować. Nie mogliby wypisywać na uczciwych blogach andronów jak to „władza ma ludziom służyć“, a „kraje cywilizowane“ robią to czy tamto. Nie ulega bowiem wątpliwości, że prawdziwa twarz władzuchny naszej kochanej, pod ową teatralną maską ukryta, to ta sama gęba niewymownie przykra, oczyskami cała od góry do dołu, wzdłuż i w poprzek wysadzana, którą wielcy konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz ujrzeli we framudze klapy swej rakiety na Pustyni Kirowej, zwanej przez okolicznych tambylców zwyczajnie: śmieciowiskiem. Gęba zbója Gębona – nienasyconego w gromadzeniu i dóbr, i wiadomości, jakie tylko mógł ze swych ofiar wycisnąć.

Jak uczy doświadczenie, którego mieszkańcy Wysp Szczęśliwych na Zachodzie nie mają – władza wcale nie potrzebuje dolarów i euro, żeby zachować prestiż, korzystną dla siebie hierarchię społeczną i tłumy nieprzeliczone wiernych akolitów. Papier toaletowy jest równie dobrą, jak nie lepszą walutą, o ile tylko jego zdobycie od łask władzy zależy!

Tak więc potencjalny „default“ wcale nie musi oznaczać żadnego tam uzdrowienia sytuacji (zrzucenie maski w dość krótkim czasie byłoby takiej ozdrowieńczej kuracji równoważnikiem – bo by się lud w oczyskach władzuchny naszej kochanej przejrzawszy, zmiótł ją ze wstrętem…). Dalej będzie to samo co teraz: polityczna poprawność i nowomowa, korumpowanie wzajem sprzecznymi przywilejami wszystkich naraz i każdego z osobna, koncesjonowanie, licencjonowanie, odmierzanie, odważanie i odbieranie (zwłaszcza: dzieci rodzicom..!), tudzież oddawanie (mienia pożydowskiego ma się rozumieć… bo przecież nie tego, co się komu słusznie należy – w dodatku stale i niezłomnie..?). Jednym słowem: to zatęchłe, ale ciągle jeszcze ciepławe bagienko, w którym się z takim upodobaniem taplamy. Tyle, że temparatura otaczającej nas borowiny nieco spadnie. A może nawet i całkiem wystygnie..? Cały proces społecznego korumpowania, koncesjonowania, odbierania, oddawania, itd. – będzie przebiegał mniejszym kosztem energetycznym. Nie o wille podmiejskie, kawior, szampan, wakacje na Malediwach i silikonowo – botoksowe piękności będziemy się więc ku uciesze władzuchny naszej kochanej ścigać, tylko o to, żeby temperatura kaloryferów nie spadała zimą poniżej 10° (a może 8°..? A może 6..? Przestrzeni do testowania i tresowania ludu w posłuszeństwie – mnogo, oj mnogo..!), żeby przydział żywności nie został znowu zmniejszony, a nasza od dawna nie depilowana (bo nie ma czym) połowica z zepsutymi zębami – nie musiała sobie podpasek ze starych bandaży sama dziergać, tylko raz na miesiąc jednak mogła je, za zaświadczeniem od ginekologa, w aptece odebrać.

Zbyt straszne? Lud tego nie zaakceptuje? Ale przecież tak się nie stanie ani jutro, ani pojutrze. To się będzie działo stopniowo, kroczek po kroczku. Z jednej strony – rosnące koszty utrzymania, stagnacja i inflacja zżerająca obieg pieniężny i wprowadzająca z powrotem wymianę towar za towar. Z drugiej strony – brak możliwości pożyczania pieniędzy, więc konieczność cięć – ale za Boga Ojca i Chiny Ludowe zarazem: nie kosztem zmniejszenia otaczającego władzuchnę naszą kochaną kręgu „krewnych i znajomych królika“, bo gdzież się władzuchna nasza kochana bez swych krewnych i znajomych podzieje, gdzie głowę strapioną do snu skłoni..? W pewnym momencie powrót do państwowej dystrybucji dóbr i usług i systemu kartkowego może stać się tak samo postulatem głodującego ludu, jak był nim 30 lat temu – to przecież strajkujący stoczniowcy kartek się domagali, nie władza..! A ile będzie przy tym zabawy z gonieniem „kułaków“ i „spekulantów“..? To może być lepszy marketingowo pomysł niż wszystkie te „orliki“ i „dopalacze“ razem wzięte..! Że co, że Marks z Engelsem i Leninem jakby się zakurzyli..? A co to za problem ideologię do słusznych żądań ludu dorobić? Ma się rozumieć: ideologię postępową i jedynie słuszną…

Taka „odpowiedź totalitarna“ na nadchodzący kryzys, jak jasno wynikło z dyskusji poprzedzających powstanie tego projektu, będzie najprawdopodobniej odruchowym działaniem znakomitej większości istniejących obecnie na świecie reżimów. Zaprawdę: nie ma znaczenia co konkretnie dystrybuuje wśród „swoich“ władza – czy kontrakty na budowę autostrad, „orliki“ i temu podobne, czy kartki na mięso – ważne, że dalej ma monopol na kreowanie awansu materialnego poddanych, a więc może podległe sobie społeczeństwa tasować jak talię kart to tych, to innych wyciągając na wierzch lub spychając w dół. Oczywiście kryje się tu pewne ryzyko. Wszak wszytkie poza nielicznymi już mamutami (Korea Północna, ciągle też jeszcze – Kuba) reżimy totalitarne „pierwszej generacji“ albo się totalnie zreformowały, zostawiając sobie tylko dawną fasadę (Chiny, Wietnam…), albo upadły.

Pytanie: na ile ta reforma i/lub upadek wynikły z faktu, że nazbyt upośledzały wydajność z jaką ich poddani przekształcali przyrodę – i wobec konkurencji sprawniejszych pod tym względem mieszkańców Wysp Szczęśliwych na Zachodzie, groziło to kolapsem, więc najlepiej w rzeczywistej sytuacji zorientowana część reżimu, czyli służby specjalne, przeprowadziły udany (to w Chinach), albo mniej udany (choć kto to wie, kto to wie..?) „kontrolowany demontaż“ niesprawnej machiny. Jeśliby „drugą generację“ państw totalitarnych miała stanowić większość najsilniejszych obecnie istniejących reżimów – to pytanie, gdzie w takim razie miejsce na Wyspy Szczęśliwe i czy aby nie zostaną one natychmiast siłą sprowadzone do jednego z pozostałą resztą poziomu? I czy wobec braku konkurencji – powstały w ten sposób totalitaryzm o zasięgu światowym nie okaże się trwalszy..?

Prawdę pisząc: nie sądzę. Wobec kurczących się zasobów naturalnych obserwujemy raczej zaostrzenie drapieżnictwa, niż przejście na surowcowy wegetarianizm. A skoro tak, to jest szansa, że część przynajmniej spośród konkurujących ze sobą reżimów, dostrzegając oczywiste zalety mniej-więcej-wolnego rynku, jednak całej podległej sobie ludności do łagrów nie zapędzi i zdobędzie się na bolesny krok odcięcia od żłobu bodaj części napuchłej przez dekady dobrobytu klasy próżniaczej. Ponieważ jest to krok radykalny, a nawet brutalny (znakomita większość byłych członków klasy próżniaczej umrze w takim razie z głodu: ci ludzie już nie potrafią i nigdy się nie nauczą sami dbać o swoje utrzymanie..!), to jakoś nie widzę możliwości, niestety, aby coś takiego stało się akurat u nas. Jednak z czasem, pod naciskiem chińskiej konkurencji..?

Ponadto, była też druga przyczyna ostatecznego upadku „totalitaryzmu pierwszej generacji“. Nie tylko upośledzał on bowiem wydajność sobie podległej populacji, ale też sztucznie hamował naturalny proces krążenia elit. Mógł więc zachowywać trwałość (i na tym bodaj polega sukces Korei Północnej…) tylko zastępując ten proces – periodycznymi czystkami, podczas którego dochodziło do wymiany znacznej większości aparatu biurokratycznego (i związanej z nim „klasy próżniaczej“). Ponieważ to oczywiście było sprzeczne z interesem aktualnie rządzącej wersji tegoż aparatu – starał się on jak mógł tych czystek uniknąć. Co się w końcu udało – jeśli dobrze liczę, w ZSRR zdobyła się na ten wyczyn Nomenklatura 4.0 (pierwsza czystka – po Leninie, druga – w latach 30-tych, trzecia – po Stalinie: ale ktoś mnie może poprawi, jeśli się mylę..?) i od tej pory nastały Czasy Zastoju – konkurencyjność reżimu zmniejszające jeszcze bardziej. W warunkach peak oil to by już była katastrofa iście apokaliptyczna: prędzej byśmy wszyscy z głodu pomarli, niż wprowadzili najmniejszą bodaj innowację…

Wydaje się zatem, że „totalitarna odpowiedź“ na kryzys też nie będzie trwać wiecznie. Jest to po prostu etap przejściowy, który należy przetrwać. Nie bardzo wiadomo co potem, to prawda. To znaczy – potem może być równie dobrze „Mad Max“ z ulicznymi gangami i budową wszystkiego od początku – albo, o ile będziemy mieli odrobinę szczęścia, a próba budowy łagru nad Wisłą załamie się stosunkowo szybko – jakiś rodzaj zdrowego, przaśnego autorytaryzmu dostatecznie silnego, żeby sobie z oporem byłej klasy próżniaczej poradzić, a jednocześnie na tyle rozsądnego, żeby się od żon, dzieci i majątków poddanych trzymać z daleka – jak to zresztą już pół tysiąca lat temu niejaki Mikołaj Machiavelli radził. Z ulicznych gangów zresztą dokładnie to samo się po czasie wykluje tyle, że trochę trzeba będzie na początku pocierpieć.

Jak zatem ów najprawdopodobniej nieuchronny okres przejściowy przetrwać? Wielcy konstruktorzy Trurl i Klapaucjusz poradzili sobie, budując dla zbója Gębona Demona Drugiego Rodzaju. Ówże Demon, z zatęchłego powietrza zamkniętego w pudełku, którego atomy zderzały się nieustannie, ekstrahując wszelką informację – znaczącą i nieznaczącą, ważną i nieważną – tak skutecznie zbója potopami obruszonych na niego danych zajął, oślepił i ogłuszył, że mogli obaj podróżnicy spokojnie odlecieć. I dokładnie tak należy z władzuchną naszą kochaną postąpić.

Póki co, a piszę to jako były pracownik Biura Informacji i Propagandy – tfu: Promocji oczywiście, Promocji – MSWiA: nie ma się czym przejmować. Władza śledzi wyłącznie tzw. „media opiniotwórcze“. Które to są „media opiniotwórcze“..? Ano te, które śledzi władza – i stara się je zadowolić lub przeciągnąć na swoją stronę. Co czasem do niezmiernie komicznych prowadzi efektów, jak już o tym ongiś na łamach „Najwyższego Czasu!“ pisałem, przygody mego w tymże MSWiA pryncypała z psami które, jak wiadomo, gryzą dzieci, opisując. Jestem na 100% przekonany, że żaden pracownik wiadomego resortu i innych służb tajnych, jawnych i dwupłciowych służbowo na nasz portal Agepo.pl nie zagląda – bo i po co..? Pacyfikacji takich jak my „niszowców“ zupełnie wystarczy przypięta im przez „media opiniotwórcze“ łatka wariatów. Stąd też i pozwalam sobie na wiele pewien, że tylko przypadkiem mogłoby to do wiadomości władzuchny naszej kochanej dojść – i że na razie ma ona dość innych zmartwień, żeby się takimi drobiazgami miała przejmować.

Władzuchna nasza kochana sama już zresztą sobie własnego Demona Drugiego Rodzaju wyhodowała – mnożąc bez ładu i składu regulacje prawne, o której to gargantuicznej inflacji kol. Maczeta więcej może opowiedzieć. Ilość najróżniejszych danych jakie wszelkiego rodzaju agendy rządowe gromadzić powinny na temat każdego obywatela jest już tak wielka, że żaden ludzki umysł na pewno nad tym nie zapanuje. I dzięki temu, po dawnemu, możliwe jest w miarę normalne życie – byle tylko nieopatrznie nie zapalać nad sobą lampy i uwagi władzuchny nie przyciągać (o co zresztą tym trudniej, im bardziej ta uwaga musi być podzielną…).

To oczywiście tylko odsuwa niebezpieczeństwo. W krajach wyżej od naszego grajdoła rozwiniętych w sukurs ludzkim umysłom władzy służącym, przychodzą bowiem maszynowe posiłki. Od dość dawna, jeszcze w ramach zimnowojennego programu „Echelon“ ćwiczy się tam różne sposoby selekcjonowania informacji tak, aby z mrowia rejestrowanych rozmów i dokumentów sam komputer podsuwał decydentowi tylko te ważne. Na ile to się sprawdza, 11 września 2001 roku i losy wojen w Iraku i Afganistanie – dowodem. Wyścig jednak trwa – i trzeba się z nim liczyć. Szczegółową instrukcję postępowania z tak wyrafinowanym „gumowym uchem“ znajdą Państwo na kartach powieści Janusza Zajdal „Paradyzja“. Nie jest to zresztą nic nowego, bo już podobno Konfucjusz pisał, że mądry człowiek, by ukryć liść – sadzi las. A i jedno z opowiadań Edgara Allana Poe, to o poszukiwaniu ukrytego listu – dobrym jest takiej strategii przykładem.

W żadnym razie nie należy się ukrywać. Wręcz przeciwnie: trzeba wytwarzać jak najwięcej informacji. Tj., jak najwięcej bełkotu. Więcej tu Państwu nie napiszę, aluzje i wskazówki których udzieliłem, każdemu inteligentnemu Czytelnikowi (a inni tu przecież nie zaglądają…), zupełnie wystarczą, by sobie z gumowym uchem zbója Gębona doskonale poradził…

Z założenia, jednym z dość prawdopodobnych scenariuszy obecnego (czy dopiero nadchodzącego) kryzysu będzie po prostu stopniowy, powolny spadek przeciętnego poziomu życia. I  wynika z tego kilka ciekawych konsekwencji. Nawet nie jest istotne, czy mówimy o typowej stagflacji (inflacji przy wysokim bezrobociu i stagnacji gospodarczej), czy o tylko stopniowym wzroście bezrobocia i obniżce płac realnych, czy jakimkolwiek innym scenariuszu ekonomicznym. Tak naprawdę każdy z nich oznacza, że większa liczba osób obniży swój poziom życia niż podwyższy- po prostu jest statystycznie bardziej prawdopodobnym, że i nas to spotka. A jednym z ważniejszych pytań jest to, jak się do takiego spadku nastawić.

Otóż, w mojej opinii pierwszy warunek- jeśli mamy się przygotować na taki właśnie powolny spadek, to musimy założyć, że nasz dochód (o ile jeszcze będzie) zacznie stopniowo tracić na wartości. Żadne wielkie odkrycie- to właściwie już dzieje się na naszych oczach.

A teraz historyjka (w całości autentyczna, jakby kogoś interesowało) dla zobrazowania pewnego sposobu myślenia. Dawno temu, na morzu zdarzyło mi się zaliczyć szkwał (meteorologiczne to był akurat chyba klasyczny downburst). Elegancko klarowaliśmy jacht, dopływając już do portu zdania, aż pojawiła się mała czarna chmurka na horyzoncie. Jedynie kobieta będąca na pokładzie coś marudziła, że ta chmurka wygląda dość dziwnie- ale kto by się nią przejmował. Chmurka się dość szybko powiększała i czerniała, aż po chwili zastanowienia się kapitan polecił refować żagle, itd.

Nie zdążyliśmy- chmurka- już w postaci dokładnie czarnego całego nieba wyskoczyła znad brzegu i powitała nas wiatrem w okolicach 12 st. B., obniżeniem temperatury- tak na oko z 25 do 10 st. C i gradem. Jacht się położył (balastowy, więc nie było „zwrotu przez top’- wtajemniczeni wiedzą), nabrał sporo wody przez kokpit, położył się drugi raz i zaczęła się zabawa. Kapitan z jeszcze jednym załogantem walczyli jak lwy, aby wypuścić foka (a właściwie to była chyba genua), ja przy sterze starałem się zapewnić im jako- taką stabilność, modląc się aby nic nie pękło, kobieta krzyczała spod pokładu, że toniemy – poinformowana, że nie toniemy, zaczęła wybierać wodę.

Przetrwaliśmy, zaczęła się rozrywkowa część wydarzenia- niedługo po nas ten sam szkwał uderzył w okręt Polskiej Kamizelki Wojennej. Na jednostce sporo większej od naszego ośmiometrowego jachtu (i dużo mniej zagrożonej) zaczął się taki chaos na pokładzie, jakiego w życiu nie widziałem. Ewidentny brak panowania na sterem, zdaje się, że zerwanie łańcucha dowodzenia, itp. Żenujące.

A następnie zaczęło się szacowanie strat. Jachcik ucierpiał trochę- naddarty fok (czy genua) i pozbyliśmy się koła ratunkowego. Straty w prywatnej własności były znacznie większe. Telefony, aparat fotograficzny, ubrania upaprane w słonej wodzie, która dokładnie wymyła silnik, itd..

Jedyną osobą, która nie poniosła żadnych strat- byłem akurat ja. A wzięło się to stąd, że dobrym przyzwyczajeniem wszystko cały czas trzymałem w zabezpieczonym i dobrze umocowanym plecaku, wyciągając rzeczy jedynie w miarę potrzeby i możliwości.

Spora garść wniosków z tego płynie- otóż warto być przygotowanym- ale przede wszystkim warto być wypoczętym i nie zaniedbywać podstawowych zwyczajów i dobrej praktyki. I to jest to.

W momencie tonięcia nie interesowało mnie, czy kobieta histeryzuje, czy nadaje komunikat informujący o sytuacji pod pokładem. Oczywiście, tym bardziej nie interesowało mnie, czy ma ochotę się przytulić, czy pocieszyć. Po prostu- przez te kilka minut trwała walka o życie i w takich sytuacjach nie należy się przejmować potrzebami stojącymi wyżej na piramidzie Maslowa. I to też jest istotnie. Trudniej będzie, jak taka walka potrwa nie minuty, a dni czy lata. To właśnie powoduje frustrację i problemy społeczne, których pisałem wcześniej.

Kolejny drobiazg- bałagan jest luksusem, którym cieszmy się, dopóki możemy sobie na niego pozwolić- bo w cięższych sytuacjach sporo kosztuje.

Ale- tak jak piszemy tu cały czas- bycie przygotowanym jest esencją tego, co możemy zrobić teraz. W wypadku naszego jachciku- był on w doskonałym stanie technicznym, z w miarę doświadczoną i zgraną załogą, a i tak pewne straty były.

A tutaj zupełna dygresja- polska myśl techniczna ostatnimi czasy zrewolucjonizowała światowe żeglarstwo. Jesteśmy chyba pierwszym krajem w ciągu 5000 lat używania żagli do napędu statków i chyba jedynym, w którym maszty się naprawia. Dotychczas zawsze i wszędzie indziej, nadal się je po prostu wymienia na nowe. To jakby się ktoś pytał o to skąd tak częste informacje o złamanych masztach na polskich jednostkach- choć z drugiej strony na mazurskiej łódce z załogą żółtodziobów, w podobnych warunkach, złamanie masztu przy pierwszym uderzeniu wiatru to najlepsza rzecz jaka mogłaby się przydarzyć.

Ale w życiu- a przynajmniej obecnie, znacznie powszechniejsze jest powolne tonięcie. Obecne dochody powoli przestają wystarczać na zwykłe wydatki, to co było dochodem ekstra, możliwym do zaoszczędzenia lub na luksusy (powiedzmy premia) jest przeznaczane najpierw na nieregularne, ale konieczne wydatki (np. OC samochodu), potem na codzienne, a większe zakupy zaczynamy finansować kredytem, potem trzeba pracować więcej, a później pewnego dnia zauważamy, że w jakiś sposób udało nam się zrezygnować z wszelkich rzeczy, z których zrezygnować się dało „na chwilę”- tylko ta chwila nie trwa pięciu minut i w walce o utrzymanie tego, co uważamy za normalne- tracimy. Brak nam już zasobów nie tylko na inwestowanie w przyszłość, ale nawet na utrzymanie tego co mamy- w rzeczywistości znajdując się coraz bardziej „pod wodą” z miesiąca na miesiąc. Zauważając problem często dopiero jak już nie ma suchego miejsca pod pokładem.

I kluczową rzeczą- aby nie znaleźć się w takiej sytuacji, oczywiście rezerwy są konieczne- pieniędzy, ale przede wszystkim czasu i porządku na pokładzie. I znów- tak jak w moim zdarzeniu- najcenniejszą rzeczą był porządek, ale też zaufanie i zgranie załogi. Są to dość oczywiste rzeczy, których w żaden sposób nie należy poświęcać. Znów- podobnie jak Jacek Kobus, uważam, że właśnie kapitał społeczny jest najistotniejszy- jeśli zaczynamy tonąć, wydaje się, że są to chwilowe trudności- przez pewien czas możemy pracować więcej, a potem nadrobimy zaniedbania w kontaktach z rodziną i znajomymi. Czasem tak może być- ale chyba najważniejszą umiejętnością jakiej teraz potrzebujemy, jest odróżnienie tego, czy uderzenie złej pogody ma potrwać chwilę- czy jest to sprawa stała i lepiej nie będzie. Dalej w przenośni- czy to sprawa meteo, czy stanu jednostki, czyli czy jest  jedynie tak, że tylko przy dobrej pogodzie utrzymamy się na powierzchni. Ocena tego jest po prostu niezbędna dla przetrwania w nadchodzących (i już obecnych) ciężkich czasach. Jeśli odpowiednio wcześniej będziemy w stanie uzmysłowić sobie konieczność utrzymania rezerw- również rezerw w zakresie utrzymania relacji z bliskimi to mamy po prostu większą szansę na przetrwanie cięższych czasów. A z pewnością jeśli mamy możliwość zachowania rezerw- musimy to robić. Po prostu musimy dbać o nasze związki, aby w chwili próby nie widzieć focha- lub zakończyć je, póki czas (ok- mało katolicka rada, ale życie bywa różne).

Wiedząc, że możemy w razie potrzeby więcej pracować, lub przeżyć jakiś czas bez pracy- a jednocześnie ufać bliskim- jesteśmy w komfortowej sytuacji. Znacznie lepszej niż olbrzymia większość społeczeństwa. I cynicznie mówiąc- to właściwie powinno wystarczać, przynajmniej na jakiś czas- do następnego załamania- po którym spadnie się na jeszcze niższy poziom. Albo znów spadną tylko inni. I tego należy życzyć wszystkim czytelnikom i uczestnikom projektu.

A oczywiście najgorszą rzeczą, do jakiej absolutnie nie należy dopuścić- to brak czasu na czytanie kolejnych tutejszych artykułów, bo trzeba było wziąć dodatkowy etat dla ogrzania domu w zimie.

Mad Max

Posted: Styczeń 12, 2011 by futrzak in Jacek Kobus
Tagi:

Jak wiadomo, w socjaliźmie są cztery podstawowe klęski żywiołowe: wiosna, lato, jesień i zima. Mieszkając na wsi doświadczam tego na co dzień. Gdyby nie pomoc sąsiedzka i własna łopata, nie wyjechałbym samochodem spod domu przez 42 dni – do minionego piątku włącznie. Bo przez tyle czasu mieliśmy ciągłą pokrywę śniegu i zawianą zaspami drogę. Na której ciągnik przysłany przez gminę a i owszem – raz jeden się pojawił, przed wyborami, ale do mnie i tak nie dojechał. Krótsze lub dłuższe blackouty są jak łamanie w kościach: towarzyszą każdej zmianie pogody. Ostatni, kilkugodzinny, w sobotę rano (pogoda była piękna, nie wiało, nie padło – tyle, że się nagle ciepło zrobiło… w sensie, że +2˚!), pozbawił mnie części efektów dość mozolnej pracy. A linia 15 kV, doprowadzająca prąd do jedynego w naszej wsi transformatora jest świeżo po remoncie! To co się dzieje gdzie indziej..?

Tym niemniej scenariusz nagłej, gwałtownej i co najważniejsze – powszechnej katastrofy na miarę tytułowego „Mad Maxa“, mimo wszystko nie jest najbardziej prawdopodobnym wariantem naszej wspólnej przyszłości. Wszystkie te klęski nie wynikają przecież z braku ropy naftowej – tylko z socjalizmu. Tak samo było 30 lat temu – kiedy o spadku wydobycia tego surowca mowy być nie mogło, a w ramach RWPG mieliśmy „ceny kroczące“, dzięki którym był sens nawet szklarnie mazutem ogrzewać.

Tym co uważam za najbardziej prawdopodobne jest właśnie stopniowy, nie pozbawiony wahań i (chwilowych) polepszeń, rozłożony na lata – powrót do tego punktu, z którego żeśmy w 1990 roku wystartowali.

Sytuacja obecna przypomina trochę wieszczoną przez Stanisława Lema „bombę megabitową“. Tyle tylko, że nie jest to wyścig między siłami nauki a tajemnicami przyrody jak u Mistrza (przypominam tym, którzy nie czytali: chodzi o to, że ilość informacji jaką dysponujemy jako gatunek rośnie w postępie geometrycznym – i w pewnym momencie nieposilnym zadaniem staje się zapanowanie nad tym ogromem zgromadzonych mądrości, przez co dochodzi do systemowego załamania najpierw nauki, a potem – cywilizacji…). Raczej jest to wyścig między rosnącą wydajnością pracy (i rosnącymi dzięki temu nadwyżkami „do zmarnowania“), a liczebnością i apetytem klasy próżniaczej. Nie wiem, czy da się na to jakiś wzór matematyczny wyprowadzić, ale obawiam się, że te dwie krzywe bliskie są punktu przecięcia – a może nawet jest on już za nami.

Koniec końców postęp techniczny nie może przyspieszać nieustannie. Tymczasem apetyty ludzi – nie znają żadnych ograniczeń!

Zjawisko „peak oil“ o tyle jest niebezpieczne dla i tak nietrwałej równowagi tego wyścigu apetytów i możliwości, że wymaga zmiany paradygmatu. Na przykład – warto by posłać w Diabły sporą część istniejącego i dobrze okopanego na swoich lukratywnych pozycjach „kompleksu paliwowo – energetycznego“, którego produkt końcowy w postaci energii, może jedynie drożeć. Cechą charakterystyczną dla energetyki opartej na zasobach nieodnawialnych jest ogromna koncentracja: jest to naturalne o tyle przynajmniej, że owe zasoby nie są rozłożone równomiernie na całej powierzchni planety, tylko koncentrują się w pewnych miejscach. Skoro zaś wydobycie niezbędnych kopalin odbywa się tylko w wybranych miejscach, to optymalnym rozwiązaniem jest je przetworzyć na energię albo możliwie blisko miejsca wydobycia, albo tam, gdzie jest je łatwo przetransportować (i stąd np. charakterystyczna dla Japonii nierównowaga między wybrzeżem pacyficznym, a wybrzeżem Morza Japońskiego: rafinerie, huty, elektrownie – powstawały tuż przy nabrzeżach, gdzie rozładowywano tankowce i masowce z surowcami…). Nieekonomicznym jest więc w tej sytuacji działać na małą skalę.

Tymczasem większość źródeł energii o charakterze odnawialnym jest rozproszona. Wytwarzanie biogazu ma tym większy sens, im mniejszy jest koszt transportu, a koszt transportu jest tym mniejszy, im biogazownie mniejsze i bliżej miejsc wytwarzania biomasy potrzebnej jako surowiec – efekt skali ma tu znikome znaczenie w porównaniu do kosztów transportu. Nawet w przypadku źródeł geotermalnych, które nie wszędzie da się wykorzystać, niekoniecznie budowa bardzo wielkich odwiertów jest zawsze najrozsądniejszym pomysłem. W zasadzie tylko hydroenergetyka może dalej funkcjonować „po staremu“ – ale w tym zakresie rezerwy (w Polsce niewielkie) i tak są raczej w sektorze „małych elektrowni wodnych“, niż wielkich.

Czy okopany na swoich lukratywnych pozycjach „kompleks paliwowo – energetyczny“ będzie bezczynnie patrzył jak rośnie mu mniejsza, a w niedługiej już perspektywie – tańsza i sprawniejsza konkurencja..? Czy klasa próżniacza, licznymi zastępami także i w tym sektorze gospodarki okopana, pozwoli tej macce swej potęgi spokojnie umrzeć, nie udzielając jej żadnego wsparcia w postaci regulacji prawnych, dla kompleksu paliwowo – energetycznego korzystnych..? To są pytanie retoryczne, bo każdy chyba zna na nie odpowiedzi.

Pomijając już wszystko inne, klasę próżniaczą także dotyka porażenie decyzyjne spowodowane nadmierną tuszą (tj. liczebnością). Gołym okiem przecież widać, że jedynym celem, zadaniem i sensem istnienia ekipy premiera Donalda T. jest trwanie przy władzy i zyskiwanie w sondażach. W interesie własnym, własnych dzieci, krewnych, przyjaciół – i być może także jakichś tam zagranicznych mocodawców, choć ta hipoteza dla wytłumaczenia istniejącej sytuacji bynajmniej nie jest konieczna, póki więc nie zostanie udowodniona, podpada pod brzytwę Ockhama. Czy taka ekipa może w ogóle mentalnie pojąć co to jest „zmiana paradygmatu“? A co to daje..? Słupki sondażowe od tego wzrosną? Wątpliwe. Kasy na partyjnym koncie przybędzie? Raczej wprost przeciwnie. Do kosza z takim pomysłem!

Przy tym nie można powiedzieć: ten model sprawowania władzy wydaje się póki co trwały i nic mu w dającej się bezpośrednio ogarnąć przyszłości nie zagraża. Polityka jest po prostu jednym z wielu telewizyjnych „reality show“ – a przywódca polityczny powinien być przystojny i umieć się znaleźć przed kamerą, żadnych innych kwalifikacji się od niego nie wymaga, a nawet: mogłyby być dlań niekorzystne. Model ten doskonale sprawdza się w Polsce, ale nie ograniczajmy się do własnego podwórka. We Włoszech jest inaczej? Tam unia personalna między polityką a telewizją jest oczywista. Czy Sarkozy we Francji ma inne kwalifikacje do sprawowania władzy niż piękna żona i cięty jęzor? A Barack Obama to kto to w ogóle jest poza ekranem telewizora..?

Niewątpliwie wygląda to na dekadencję, znak nieomylny schyłkowości i zepsucia – ale czasu, przez jaki ten (przyjemny w sumie – dla niektórych przynajmniej!) rak rozkładu będzie nas toczył, z góry przewidzieć się nie da.

Reasumując, jakaś mniejsza czy większa katastrofa może się od czasu do czasu przytrafić. Generalnie jednak przyszłość jaka nas czeka to raczej:

-       zablokowanie na czas bliżej nieokreślony wszystkich takich zmian, także technologicznych, które zagrażałyby istniejącym interesom (niektórzy sądzą, że tak długie trwanie „ery samochodu“ już jest dowodem na działanie tej siły – „epoka pary“ była krótsza, a przecież podobno teraz postęp jest szybszy niż w wieku XIX!),

-       rosnący z każdym rokiem ciężar utrzymania coraz to liczniejszej i coraz to bardziej pazernej klasy próżniaczej której żadne tam „peak oile“ i inne cywilizacyjne zagrożenia nic, ale to nic nie obchodzą – ona chce żreć, błyszczeć w świetle reflektorów i kopulować i to całkowicie wyczerpuje jej zainteresowania oraz horyzont myślowy,

-       powolne pogarszanie się poziomu życia, coraz to mniej perspektyw awansu, poprawy bytu, spełnienia marzeń – poza szeregami klasy próżniaczej,

-       coraz to powszechniejsza inwigilacja, sprowadzająca – przy entuzjaźmie ogłupiałych mas – pojęcie „wolności“ do jej stalinowskiej definicji: jako „uświadomionej konieczności“.

Jakie stąd wynikają wnioski dla przeciętnego Czytelnika..? No cóż, nie odkrywam tu Ameryki, piszemy o tym już któryś z kolei raz. Na pewno czułbym się lepiej i sprawniej sobie poradził z klęską żywiołową zimy, gdybym wyremontował już własną koparkę, a nie polegał na cudzej i gdyby moja inwestycja w Boskiej Woli, włączając w to generator prądu, była już zakończona – ale przecież i tak sobie poradziłem. Ja pomogłem sąsiadowi w jego sprawach, on mnie odśnieżył drogę. Gdyby nawet prądu nie było dłużej niż kilka godzin, to w sumie też jakoś byśmy wespół w zespół dali sobie radę – kilka generatorów we wsi jest, z reguły są to generatory napędzane wałkiem ciągnika i przewoźne, można by się podłączać po kolei żeby te sprawy, które koniecznie prądu wymagają, załatwić.

Własna ziemianka z żelaznym zapasem żywności, studnia, oczyszczalnia ścieków lub sławojka i ogródek z sałatą to są dobre rzeczy i nie można negować ich przydatności w ciężkich czasach. Nic jednak nie wytrzymuje porównania z ludzką solidarnością, sąsiedzką pomocą, rodzinnymi kontaktami i zdolnością do oddolnej samoorganizacji. Zgrana wspólnota sąsiedzka łatwiej przetrwa wszelkie kryzysy niż okopany w ziemiance samotnik ze stosem konserw i Coltem Navy wz. 1852 za pazuchą. Choćby dlatego, że takich samotników władza może chcieć w pewnym momencie wyłapać i ukarać (mniejsza o to – za co, jakiś pretekst zawsze się znajdzie!) – a czy wszystkich mieszkańców Polski uda się wsadzić do łagru..? Jeśli wsadzą wszystkich, to czym taki łagier będzie jak nie Polską właśnie..?

Piszę to z pewnym drżeniem ręki, bo – jak to zwykle bywa – sam jestem co najwyżej dobrym przykładem złego przykładu. Skoro zaszyłem się na wsi to jasnym jest, że nie jestem typem hulaki (aczkolwiek lubię dobrze zjeść J). Nie mogę też powiedzieć, żeby mi wygodnie było w gorsecie tradycji i żebym lubił służące utrzymaniu rodowej solidarności rytuały (z niezmiernie wręcz męczącym, zabójczym po prostu rytuałem „polskiego wesela“ na czele!). Jednak czas luzowania gorsetów właśnie się skończył. Kto chce przetrwać, musi się wykazać konformizmem – jeśli nie wobec władzy, to wobec własnej rodziny, tradycji, przyzwyczajeń i opinii sąsiadów.

160 lat temu Juliusz Słowacki napisał: Panowie nasi najwięksi ziemni są nędzarzami w porównaniu ze mną, który mam kilka tysięcy franków tak ruchomych, że je w każdej chwili mogę na jaki bądź czyn użyć i przed wszelką mocą i przemocą zasłonić się nimi. Dodając jeszcze, że o ile własność ziemska skłania ludzi do egoizmu, sobkostwa, lekceważenia bliźnich, to własność kapitału wprost przeciwnie – zmusza człowieka by w tym ściślejsze związki z bliźnimi wchodził, im większych chce zażywać bogactw.

Oczywiście Juliusz Słowacki, którego zresztą rewolucja lutowa 1848 roku też na skraj bankructwa doprowadziła, z tym inwestowaniem na giełdzie, jak to poeta, nieco przesadził. Kapitał giełdowy jako z konieczności zdematerializowany najbardziej jest też bowiem ulotnym i chyba jeszcze nikogo przed kryzysem nie uchronił. Uchronić przed kryzysem może za to – kapitał społeczny. W który inwestować niewątpliwie zawsze warto. Chociażby udzielając się w sieci, jeśli z tego jakieś realne stosunki i pomoc wyniknąć mogą…

Wieszczę, że w przyszłości więcej osób żywić się będzie dzięki jedzeniu ze śmietników. Wykształceni bezrobotni będą spożywać jedzenie ze śmietnika bezpośrednio, lepiej sytuowani w bardziej pośredni sposób. Dla wielu będzie to sytuacja trudna do zaakceptowania, bo przyzwyczajeni są do tego, że ich jedzenie jest czyste i sterylne. Dzisiaj w Polsce taki łowiecko-zbieracki model żywienia stosują tylko ludzie skrajnie biedni lub… skrajnie oddani idei ekologizmu – freganie. Inaczej i na większą skalę zresztą się dzisiaj w UE nie da, bo prawo zabrania.

Jak marnowana jest żywność?

W bogatych społeczeństwach marnowane jest według różnych szacunków kilkanaście do kilkudziesięciu procent żywności zakupionej przez konsumentów (Polska według tych wskaźników zaliczana jest do dość dostatnich państw). To jednak nie cały pokarm stracona przez ludzi – konsument to przecież nie jedyne a tylko ostatnie ogniwo w łańcuchu dystrybucji  żywności. Do strat dochodzi również w wyniku:

  • Nieprawidłowego przechowywania produktów rolnych przez rolników co  spowodowane jest  niedoborami wiedzy, kapitału, wypadkami przy pracy, zaniedbaniem, złą pogodą
  • Niedoskonałe systemy logistyczne
  • Straty w sklepach (rozdarte opakowanie ciastek jest wyrzucane)
  • Daty ważności
  • Niewykorzystywania resztek i odpadów żywności

O ile z pierwszymi dwoma czynnikami nie możemy dużo zrobić i raczej niemożliwe jest by powstałe tam straty znacznie zminimalizować, to nad dwoma ostatnimi można w razie kryzysu żywnościowego popracować.

Jak zwiększyć wydajność wykorzystywania żywności i przestać ją marnować?

Aktualnie w UE istnieje zakaz karmienia zwierząt rzeźnych lub zwierząt, których produkty ludzie konsumują bezpośrednio (kury nioski, krowy mleczne) resztkami żywności. Zakaz wprowadzony został z powodu chorobotwórczych prionów, które mogą przenosić się tą drogą. Innymi słowy, zakaz wprowadzono dla bezpieczeństwa . Trochę naciągane to bezpieczeństwo, skoro zabronione jest dawanie zwierzętom żywności przeznaczonej dla ludzi. Całkiem możliwe jednak, że obrońcy praw zwierząt maczali w tym palce i nie chcą by zwierzęta zjadały tak niezdrową żywność jaka przeznaczona jest dla ludzi. ;)

Można tylko domniemywać, że w obliczu “Peak Oil-owego” głodu (którego jak pokazaliśmy wcale nie musi być) zakaz ten zostanie zniesiony lub zignorowany – dokładnie jak setki innych przepisów, czym “uwolni się” nowe rezerwy paszy dla zwierząt a więc żywności dla ludzi.

Pod etykietą “zmarnowana żywności” nie uwzględniane są różnego rodzaju odpady żywnościowe, jak np. obierki ziemniaków czy wygotowane warzywa powstałe z przygotowania barszczu. Wszystkie te składniki mogą stanowić źródło żywności dla świń, kur, kaczek i innych wszystkożernych zwierząt użytkowych.

Jeśli te kury są z UE a ktoś nakarmił je tymi “odpadami” to sprzedając od nich jajka łamie prawo.

Czy żywienie zwierząt wszystkożernych resztkami żywności jest groźne?

Nie da się ukryć, że żywienie zwierzęta resztkami żywności, których świeżość jest często dyskusyjna może zwiększać niebezpieczeństwo transferu patogenów i powodować u nieprzystosowanych do tego zwierząt choroby. Z drugiej strony tradycyjną rolą świń było właśnie to – spożywanie resztek żywności, odpadów, odchodów. Praktyka żywienia świń resztkami ze stołu jest prawdopodobnie tak stara jak sama historia udomowienia tego gatunku. Kury również pełniły podobną funkcję.

Resztki żywności w karmieniu świń:

Bezpieczeństwo karmienia zwierząt odpadkami żywności można zwiększyć, jeśli żywność podda się przed jej podaniem zwierzętom termicznej obróbce, np. tak jak czyni to jeden farmer w Las Vegas, który codziennie karmi 6000 świń resztkami żywności z miejskich restauracji i barów. Przy okazji takim podgrzaniem poprawia się strawność i kaloryczność paszy.

Resztki żywności w karmieniu kur niosek:

Kolejny przykład kraju w którym karmienie zwierząt odpadami żywności nie jest zabronione jest Kanada. W tym kraju działa pewien przedsiębiorca zajmujący się… produkcją kompostu, jajek i  odbiorem resztek żywności z restauracji, stołówek… Karmi on 1200 kur niosek niepodgrzanymi resztkami żywności. W jego firmie pasza (za odbiór której dostaje pieniądze) wysypywana jest na pryzmę – kury ją rozgrzebują i jedzą co chcą. Można się zastanawiać, czy ta żywność na pryzmie się nie psuje? Nie, ona się “naprawia” i kompostuje – muchy składają w niej jaja, dżdżownice rozmnażają się na potęgę. Tłuste czerwie i dżdżownice stanowią świetny, wysokokaloryczny i wysokobiałkowy dodatek do diety kur. Jajka od tych kur sprzedawane są jako ekologiczne co daje przedsiębiorcy za sprzedaż jajek dużo wyższy dochód.

Powyższe przykłady pokazują, że nawet w cywilizowanych krajach stosuje się takie praktyki, jak karmienie zwierząt resztkami żywności. Spożywanie mięsa i produktów zwierzęcych pochodzących od karmionych resztkami żywności zwierząt nie jest zatem szkodliwe dla zdrowia. W przypadku wieprzowiny taka “resztkowa” dieta wpływa pozytywnie na smak mięsa, który jest intensywniejszy i bogatszy.

Karmienie zwierząt resztkami żywności w dobie po Peak Oil

Obaj hodowcy w powyższych przykładach korzystali z dobrodziejstw paliw kopalnianych – ciężarówki odbierające resztki jeździły na ropę, farmer z Las Vegas do ogrzania paszy nie używał raczej kolektorów słonecznych. To pierwsze da się wyeliminować poprzez zamianę środka transportu z ciężarówki na konia, a podgrzewanie resztek żywności jest najczęściej zbyteczne – stanowi spełnienie obowiązku prawnego, lub zwykły “dupochron”. Prawdopodobnie w przyszłości na taki luksus bezpieczeństwa nie będzie stać każdego. Zapewne wielu bezrobotnych będzie mogło znaleźć pracę w recyklingu żywności, jakby nie było będzie to praca dająca konkretne, wymierne korzyści.

Trzeba również uwzględnić:

  • Ilość żywności jaka będzie marnowana z powodu wzrostu jej ceny spadnie, jednak nadal będzie mogła stanowić istotne źródło paszy dla zwierząt.
  • Blackouty (wyłączenia prądu) mogą zwiększyć szanse na psucie się żywności o krótkim terminie ważności (produkty mleczne, mięso…).
  • Wykorzystywanie resztek na pasze będzie musiało mieć miejsce bliżej miejsca z którego jest pozyskiwane (koszty transportu czy to w oparciu o ropę czy konnego)
  • Posiadanie zwierząt wszystkożernych (trzymanie choć jednego świniaka lub kilku kur) w sposób istotny zmniejszy marnotrawstwo jedzenia w samowystarczalnym gospodarstwie.

Źródła resztek żywności na paszę dla zwierząt w dobie Peak Oil

Oto potencjalne źródła żywności na paszę dla zwierząt:

  • restauracje
  • hotele
  • stołówki
  • szkoły
  • bary
  • przedszkola
  • akademiki
  • zakłady produkujące żywność
  • blokowiska w których prowadzi się recykling (po znacznym wzroście cen w związku z  wzrostem ceny ropy i podatkiem od emisji CO2 z wysypisk śmieci)
  • rzeźnie

Czy jestem katastrofistą..?

Posted: Styczeń 4, 2011 by futrzak in Jacek Kobus
Tagi: ,

Pani Ewa Wesołowska popełniła w ostatnim numerze tygodnika „Angora“ prześmiewczy artykuł pt. „Koniec świata nastąpi“, dość obszernie posługując się przy tym wyrwanymi z kontekstu cytatami z naszego portalu http://agepo.pl.


Biorąc pod uwagę wynikające stąd potencjalnie szkody dla wizerunku naszego portalu, domagamy się prawa do polemiki.

Projekt „agepo“ ma swoją prahistorię, zaczynającą się bodaj od mojego tekstu pt. „Ekolodzy“ do gnoju!“ (por. http://tiny.pl/hcthq - przedruk jest jak najbardziej dozwolony!). Fakt ten nie musi oczywiście interesować ani zwykłego czytelnika naszego portalu, ani też piszącego o nim dziennikarza. Wydaje mi się jednak, że wynikające z owej prahistorii stanowisko naszej trójki zostało jasno i wyraźnie przedstawione w cytowanych przez autorkę artykułu (złośliwie, w sposób sugerujący coś całkowicie przeciwnego naszym intencjom) „Założeniach projektu Agepo“ (por. http://tiny.pl/hcthv). Otóż, wbrew temu, co p. Wesołowska próbuje nam imputować, my wcale nie jesteśmy jakimiś „katastrofistami“! Przeciwnie: toczymy nieustanny spór ze zwolennikami takiego właśnie stanowiska. Starając się na przykładzie konkretnych problemów pokazać, że ludzie są w stanie poradzić sobie z większością tych zagrożeń które, w rozumieniu różnej maści „ekologów“, „katastrofistów“ czy innych proroków Dnia Sądu – mają oznaczać koniec ludzkości, a przynajmniej – koniec ludzkiej cywilizacji.


Oczywiście, można do problemu „upadku cywilizacji“ podejść w tak lekki, łatwy i przyjemny sposób, jak to zrobiła w swoim artykule p. Wesołowska – po prostu lekceważąc zagadnienie. Wesoły ten artykuł stał się jednak w efekcie tak prosty, że aż prostacki. Pani Wesołowska nie zadała sobie najmniejszego trudu zrozumienia postaw, które próbuje opisywać, nie mówiąc już – o intelektualnym wysiłku pojęcia tego, co w mniemaniu prawdziwych czy rzekomych „katastrofistów“ ma ową katastrofę przynieść..?

Tymczasem problem nie jest łatwy ani mały. W Roku Pańskim 1911 przeciętny człowiek z ulicy i przeciętny redaktor najbardziej nawet opiniotwórczego pisma zapytany, czy spodziewa się końca świata, parsknąłby tylko śmiechem. Tymczasem już w niespełna trzy lata później taki świat, jaki ci ludzie od urodzenia znali, rzeczywiście się skończył – w okopach I wojny światowej. Jest to chyba wystarczająca przestroga przed robieniem sobie nieprzystojnych żartów z rzeczy, na których być może nie do końca się znamy, a których zrozumieć, nawet nie próbujemy..?

Mianem „katastrofisty“ można określić każdego zwolennika jednej z trzech grup poglądów (piszę „grup poglądów“, a nie po prostu „poglądów“ dlatego, że oczywiście istnieje tu cała masa odcieni, niuansów, przeciwieństw i sporów – dla potrzeb tej polemiki, nie mają one jednak większego znaczenia).

Do pierwszej grupy należą radykalni „ekolodzy“ (cudzysłów oznacza, że nie są to adepci szacownej wiedzy o równowadze pomiędzy środowiskiem naturalnym a zamieszkującymi je organizmami żywymi, tylko politycy lub wyznawcy „kultu przyrody“) oraz pewne inne grupy mizantropów, którym ludzkość jest nienawistna, wypatrujący załamania się naszej cywilizacji przemysłowej z nadzieją i utęsknieniem. Niektórzy z nich próbują nawet czynem owo załamanie przyspieszyć. Wychodzą bowiem z założenia, że „ludzkość jest wrzodem na zdrowym ciele Gai“ – i trzeba się jej, w interesie planety, jak najszybciej i jak najradykalniej pozbyć. Byłoby ciekawym zadaniem dla ambitnego dziennikarza śledczego zbadać, jaki jest stosunek oficjalnych, legalnych i często biorących udział w rządach w Europie organizacji „zielonych“ do owych radykałów ruchu ekologicznego!

Do drugiej grupy należą różnej maści irracjonaliści (od wyznawców astrologii po wyznawców UFO), wypatrujący rychłego końca świata w biblijnym, tj. apokaliptycznym sensie tego słowa – jako zamknięcia rozdziału pt. „ludzkość“ w Bożych planach, lub też jako jakiejś ogólnoplanetarnej katastrofy naturalnej (czy tą katastrofą ma być wybuch superwulkanu w Yellowstone, czy też zderzenie z Ziemią komety…). Niektóre spośród poglądów reprezentowanych w ramach tej grupy bywają nawet dość ciekawe i warte zastanowienia. Choćby dla intelektualnej rozrywki, jeśli nie z innych powodów (osobną kategorią są katastroficzne przepowiednie o naukowym charakterze – tutaj polecałbym wszystkim artykuł prof. Andrzeja Altenbergera, pt. „Bijące serce Gai“ – zapowiada się z tego niezła sensacja! Por. http://tiny.pl/hctxq). Inne są całkowicie absurdalne. Ogólnie rzecz biorąc jednak, jest to grupa nieszkodliwa. Na ten rodzaj katastrofy, którą wieszczą i tak na ogół nic się nie da poradzić, a i przygotowywać się do niej – inaczej niż modląc się – raczej nie sposób.


Trzecia wreszcie grupa może miano „katastrofisty“ nosić wyłącznie w cudzysłowie. Nie są to bowiem ludzie którzy pragną końca ludzkości czy końca cywilizacji, ani też nie otrzymali żadnego znaku od Boga czy przesłania od mieszkańców Wegi, że z ludzkością jest krucho. Są to ludzie zatroskani przyszłością swoją i swoich dzieci. Jeśli coś ich odróżnia od pospolitego tłumu, to ciekawość i spostrzegawczość. Jeśli zaś ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy nie może nie zauważyć, że zapasy nieodnawialnych surowców energetycznych na naszej planecie nie są nieskończone. Kiedyś zatem muszą się skończyć. Czy kończą się już teraz, czy też będzie możliwy ciągły wzrost ich wydobycia jeszcze przez kolejne dziesiątki lat..? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taki problem w ogóle nie istnieje, nie warto zaprzątać sobie nim głowy, a ludzi, których to niepokoi uważać za wariatów!

Jeśli ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy, nie może nie zauważyć, że poziom zadłużenia tak rządów i instytucji publicznych (zwłaszcza systemów emerytalnych), jak i zwykłych ludzi, osiąga rozmiary nie notowane wcześniej w historii. Poza okresami poprzedzającymi ogromne załamania ekonomiczne, skutkujące także zmianami politycznymi i społecznymi. Czy to znaczy, że stoimy w przededniu wielkiego krachu na miarę tego, który się rzeczywiście wydarzył w roku 1929? I czy potem nastąpi wojna i rewolucja? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taka ewentualność jest wykluczona! Dlaczego i jakim cudem miałaby być wykluczona? Bo należymy do NATO i Unii Europejskiej..? Ależ to zakrawa na wiarę w magię! Czy z samego bowiem faktu przynależności do „Europy“ wynika, że budżet naszego państwa już się nie może – kolokwialnie pisząc – „przewrócić“, a banków operujących w Polsce dotknąć taka seria bankructw jak całkiem niedawno w Argentynie, w Stanach Zjednoczonych, w Grecji, a teraz właśnie – w Irlandii..? Czy nic już nie musimy robić, bo wszystkie problemy rozwiąże za nas Bruksela..? Owszem, taki jest – mniej więcej – pijar rządu p. Donalda Tuska. Ale co z tego..? Mnie p. Donald Tusk za swój pijar nie płaci, dlaczego miałbym się zatem jego wizerunkiem i mitem „zielonej wyspy wzrostu“ w ogóle przejmować..? To jego problem, że stawianie takich pytań jest politycznie niewygodne, nie mój. A jak się okazuje – pytania takie stawiane są coraz częściej i robią to osoby w żaden sposób nie zaliczane przez „opinię publiczną“ do „oszołomów“ – wystarczy przeczytać co niedawno napisał na swoim blogu prof. Rybiński (por. http://tiny.pl/hctq5).


Ludzie wyznający taką odmianę „katastrofizmu“ byli w Polsce na długo przedtem, nim uruchomiliśmy nasz projekt „Agepo“. Panuje zresztą wśród nich ogromna rozmaitość poglądów – od takich, które zakładają że wszelkie problemy, jakkolwiek drastyczne skutki by z nich nie wynikały, są tylko przejściowym kłopotem i wystarczy niewielkie dostosowanie strukturalne, a powrócimy na ścieżkę „zdrowego wzrostu“ do takich, które rzeczywiście wymagają już budowy ziemianki w najbliższym lesie i gromadzenia konserw i amunicji. Wszystkie te poglądy spotykają się zresztą na naszym portalu, który właśnie do tej grupy ludzi jest adresowany.

Naszą intencją jest przedstawianie im rozwiązań zabezpieczających przed różnymi aspektami możliwego kryzysu. Przed brakiem lub astronomicznymi cenami nawozów sztucznych i paliwa do ciągników. Przed wzrostem obciążeń podatkowych i opresyjności państwa. Przed fizycznym załamaniem nie remontowanych od dziesięcioleci polskich sieci przesyłowych średniego i niskiego napięcia, na odnowienie których nikt nie ma środków. Przed brakiem pracy dla absolwentów nikomu do niczego niepotrzebnych i niczego nie uczących kierunków studiów. Przed załamaniem finansów publicznego systemu opieki zdrowotnej.

Staramy się przedstawiać rozwiązania wypracowane w oparciu o najlepszą wiedzę, jaką możemy dysponować. Zapraszamy do współpracy wszystkich, którzy chcieliby się podzielić swoimi przemyśleniami, a mają stosowne, specjalistyczne przygotowanie. Jak do tej pory wygląda na to, że każdy z możliwych do przewidzenia skutków czy to wzrostu cen paliw kopalnych, czy to załamania systemu finansowego – jest do rozwiązania. Indywidualnie, na skalę pojedynczej rodziny, w najgorszym razie – jakiejś grupy sąsiadów, bo polityką i zmianami systemowymi zajmować się nie zamierzamy. A przynajmniej: można w ten sposób dolegliwość skutków takiego czy innego braku znacząco złagodzić. Bez masowego głodu, epidemii, wojny, rewolucji i śmierci 9/10 mieszkańców Polski. Czyli: bez katastrofy właśnie! Jak w takim razie można nasz projekt nazywać „katastroficznym“..? „Anty-katastroficznym“ – to już prędzej! Niezależnie od tego, czy nasze ćwiczenia umysłowe są tylko sztuką dla sztuki, czy też – co nie daj Panie Boże – komuś się naprawdę w życiu przydadzą…

Innymi słowy: p. Wesołowska trafiła kulą w płot. Lenistwo intelektualne którego się dopuściła jest jednak łatwe do naprawienia – wystarczy, że zdecydują się Państwo na publikację powyższej polemiki. Pozostaję z poważaniem,

Jacek Kobus

Współzałożyciel portalu Agepo.pl

Autor bloga „Konie achałtekińskie i… inne sprawy!“

Odpowiedź Pani Ewy Wesołowskiej:

Szanowny Panie,
dziękujemy za Pański email. Jest nam bardzo miło, że jest Pan
czytelnikiem Angory.
Niestety, nie do końca zrozumiał Pan moje intencje. W założeniu miał
to być żartobliwy artykuł traktujący nie o poważnych przyczynach i
skutkach ewentualnego załamania naszej cywilizacji, ale o reakcjach
ludzi, często przesadzonych i nadmiernie emocjonalnych, na, nie
neguję, możliwy koniec świata w jakim żyjemy. Wszyscy, którzy
cokolwiek publikujemy, zarówno Pan, jak i my, piszący do Angory,
musimy się liczyć z tym, że nasze teksty będą się spotykać z odbiorem,
który niekoniecznie będzie po naszej myśli. Będziemy mieć zarówno
sympatyków jak i przeciwników, ludzi którzy się z nami zgodzą lub
innych, którzy potraktują nas nie bardzo serio. Taki już los
piszących. A ponieważ ja osobiście nie jestem zwolenniczką czynienia
drobiazgowych przygotowań do mogących nastąpić kiedyś, w jakiejś
nieokreślonej przyszłości, jakichś ewentualnych zagrożeń, napisałam o
tym artykuł humorystyczny, choć na pewno nie obraźliwy i nie
wyrządzający żadnych szkód Panu i Pańskiej stronie internetowej. A być
może, kto wie, przysporzyliśmy Panu nowych czytelników. Zaś określenie
“katastrofista” to nic pejoratywnego, słowo “katastrofizm” to według
Słownika Języka Polskiego po prostu “pesymistyczna postawa życiowa
opierająca się na przeświadczeniu o nieuchronności zagłady
współczesnego świata”.
Raz jeszcze dziękujemy za polemikę.
Życzymy szczęścia i dużo uśmiechu, w nowym roku.
Z poważaniem
Ewa Wesołowska

Czy jestem katastrofistą..?

Jacek Kobus

http://boskawola.blogspot.com

Pani Ewa Wesołowska popełniła w ostatnim numerze tygodnika „Angora“ prześmiewczy artykuł pt. „Koniec świata nastąpi“, dość obszernie posługując się przy tym wyrwanymi z kontekstu cytatami z naszego portalu http://agepo.pl.

Biorąc pod uwagę wynikające stąd potencjalnie szkody dla wizerunku naszego portalu, domagamy się prawa do polemiki.

Projekt „agepo“ ma swoją prahistorię, zaczynającą się bodaj od mojego tekstu pt. „„Ekolodzy“ do gnoju!“ (por. http://tiny.pl/hcthq - przedruk jest jak najbardziej dozwolony!). Fakt ten nie musi oczywiście interesować ani zwykłego czytelnika naszego portalu, ani też piszącego o nim dziennikarza. Wydaje mi się jednak, że wynikające z owej prahistorii stanowisko naszej trójki zostało jasno i wyraźnie przedstawione w cytowanych przez autorkę artykułu (złośliwie, w sposób sugerujący coś całkowicie przeciwnego naszym intencjom) „Założeniach projektu Agepo“ (por. http://tiny.pl/hcthv). Otóż, wbrew temu, co p. Wesołowska próbuje nam imputować, my wcale nie jesteśmy jakimiś „katastrofistami“! Przeciwnie: toczymy nieustanny spór ze zwolennikami takiego właśnie stanowiska. Starając się na przykładzie konkretnych problemów pokazać, że ludzie są w stanie poradzić sobie z większością tych zagrożeń które, w rozumieniu różnej maści „ekologów“, „katastrofistów“ czy innych proroków Dnia Sądu – mają oznaczać koniec ludzkości, a przynajmniej – koniec ludzkiej cywilizacji.

Oczywiście, można do problemu „upadku cywilizacji“ podejść w tak lekki, łatwy i przyjemny sposób, jak to zrobiła w swoim artykule p. Wesołowska – po prostu lekceważąc zagadnienie. Wesoły ten artykuł stał się jednak w efekcie tak prosty, że aż prostacki. Pani Wesołowska nie zadała sobie najmniejszego trudu zrozumienia postaw, które próbuje opisywać, nie mówiąc już – o intelektualnym wysiłku pojęcia tego, co w mniemaniu prawdziwych czy rzekomych „katastrofistów“ ma ową katastrofę przynieść..?

Tymczasem problem nie jest łatwy ani mały. W Roku Pańskim 1911 przeciętny człowiek z ulicy i przeciętny redaktor najbardziej nawet opiniotwórczego pisma zapytany, czy spodziewa się końca świata, parsknąłby tylko śmiechem. Tymczasem już w niespełna trzy lata później taki świat, jaki ci ludzie od urodzenia znali, rzeczywiście się skończył – w okopach I wojny światowej. Jest to chyba wystarczająca przestroga przed robieniem sobie nieprzystojnych żartów z rzeczy, na których być może nie do końca się znamy, a których zrozumieć, nawet nie próbujemy..?

Mianem „katastrofisty“ można określić każdego zwolennika jednej z trzech grup poglądów (piszę „grup poglądów“, a nie po prostu „poglądów“ dlatego, że oczywiście istnieje tu cała masa odcieni, niuansów, przeciwieństw i sporów – dla potrzeb tej polemiki, nie mają one jednak większego znaczenia).

Do pierwszej grupy należą radykalni „ekolodzy“ (cudzysłów oznacza, że nie są to adepci szacownej wiedzy o równowadze pomiędzy środowiskiem naturalnym a zamieszkującymi je organizmami żywymi, tylko politycy lub wyznawcy „kultu przyrody“) oraz pewne inne grupy mizantropów, którym ludzkość jest nienawistna, wypatrujący załamania się naszej cywilizacji przemysłowej z nadzieją i utęsknieniem. Niektórzy z nich próbują nawet czynem owo załamanie przyspieszyć. Wychodzą bowiem z założenia, że „ludzkość jest wrzodem na zdrowym ciele Gai“ – i trzeba się jej, w interesie planety, jak najszybciej i jak najradykalniej pozbyć. Byłoby ciekawym zadaniem dla ambitnego dziennikarza śledczego zbadać, jaki jest stosunek oficjalnych, legalnych i często biorących udział w rządach w Europie organizacji „zielonych“ do owych radykałów ruchu ekologicznego!

Do drugiej grupy należą różnej maści irracjonaliści (od wyznawców astrologii po wyznawców UFO), wypatrujący rychłego końca świata w biblijnym, tj. apokaliptycznym sensie tego słowa – jako zamknięcia rozdziału pt. „ludzkość“ w Bożych planach, lub też jako jakiejś ogólnoplanetarnej katastrofy naturalnej (czy tą katastrofą ma być wybuch superwulkanu w Yellowstone, czy też zderzenie z Ziemią komety…). Niektóre spośród poglądów reprezentowanych w ramach tej grupy bywają nawet dość ciekawe i warte zastanowienia. Choćby dla intelektualnej rozrywki, jeśli nie z innych powodów (osobną kategorią są katastroficzne przepowiednie o naukowym charakterze – tutaj polecałbym wszystkim artykuł prof. Andrzeja Altenbergera, pt. „Bijące serce Gai“ – zapowiada się z tego niezła sensacja! Por. http://tiny.pl/hctxq). Inne są całkowicie absurdalne. Ogólnie rzecz biorąc jednak, jest to grupa nieszkodliwa. Na ten rodzaj katastrofy, którą wieszczą i tak na ogół nic się nie da poradzić, a i przygotowywać się do niej – inaczej niż modląc się – raczej nie sposób.

Trzecia wreszcie grupa może miano „katastrofisty“ nosić wyłącznie w cudzysłowie. Nie są to bowiem ludzie którzy pragną końca ludzkości czy końca cywilizacji, ani też nie otrzymali żadnego znaku od Boga czy przesłania od mieszkańców Wegi, że z ludzkością jest krucho. Są to ludzie zatroskani przyszłością swoją i swoich dzieci. Jeśli coś ich odróżnia od pospolitego tłumu, to ciekawość i spostrzegawczość. Jeśli zaś ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy nie może nie zauważyć, że zapasy nieodnawialnych surowców energetycznych na naszej planecie nie są nieskończone. Kiedyś zatem muszą się skończyć. Czy kończą się już teraz, czy też będzie możliwy ciągły wzrost ich wydobycia jeszcze przez kolejne dziesiątki lat..? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taki problem w ogóle nie istnieje, nie warto zaprzątać sobie nim głowy, a ludzi, których to niepokoi uważać za wariatów!

Jeśli ktoś jest ciekawy i spostrzegawczy, nie może nie zauważyć, że poziom zadłużenia tak rządów i instytucji publicznych (zwłaszcza systemów emerytalnych), jak i zwykłych ludzi, osiąga rozmiary nie notowane wcześniej w historii. Poza okresami poprzedzającymi ogromne załamania ekonomiczne, skutkujące także zmianami politycznymi i społecznymi. Czy to znaczy, że stoimy w przededniu wielkiego krachu na miarę tego, który się rzeczywiście wydarzył w roku 1929? I czy potem nastąpi wojna i rewolucja? Tego nie wiemy. Ale to nie znaczy, że taka ewentualność jest wykluczona! Dlaczego i jakim cudem miałaby być wykluczona? Bo należymy do NATO i Unii Europejskiej..? Ależ to zakrawa na wiarę w magię! Czy z samego bowiem faktu przynależności do „Europy“ wynika, że budżet naszego państwa już się nie może – kolokwialnie pisząc – „przewrócić“, a banków operujących w Polsce dotknąć taka seria bankructw jak całkiem niedawno w Argentynie, w Stanach Zjednoczonych, w Grecji, a teraz właśnie – w Irlandii..? Czy nic już nie musimy robić, bo wszystkie problemy rozwiąże za nas Bruksela..? Owszem, taki jest – mniej więcej – pijar rządu p. Donalda Tuska. Ale co z tego..? Mnie p. Donald Tusk za swój pijar nie płaci, dlaczego miałbym się zatem jego wizerunkiem i mitem „zielonej wyspy wzrostu“ w ogóle przejmować..? To jego problem, że stawianie takich pytań jest politycznie niewygodne, nie mój. A jak się okazuje – pytania takie stawiane są coraz częściej i robią to osoby w żaden sposób nie zaliczane przez „opinię publiczną“ do „oszołomów“ – wystarczy przeczytać co niedawno napisał na swoim blogu prof. Rybiński (por. http://tiny.pl/hctq5).

Ludzie wyznający taką odmianę „katastrofizmu“ byli w Polsce na długo przedtem, nim uruchomiliśmy nasz projekt „Agepo“. Panuje zresztą wśród nich ogromna rozmaitość poglądów – od takich, które zakładają że wszelkie problemy, jakkolwiek drastyczne skutki by z nich nie wynikały, są tylko przejściowym kłopotem i wystarczy niewielkie dostosowanie strukturalne, a powrócimy na ścieżkę „zdrowego wzrostu“ do takich, które rzeczywiście wymagają już budowy ziemianki w najbliższym lesie i gromadzenia konserw i amunicji. Wszystkie te poglądy spotykają się zresztą na naszym portalu, który właśnie do tej grupy ludzi jest adresowany.

Naszą intencją jest przedstawianie im rozwiązań zabezpieczających przed różnymi aspektami możliwego kryzysu. Przed brakiem lub astronomicznymi cenami nawozów sztucznych i paliwa do ciągników. Przed wzrostem obciążeń podatkowych i opresyjności państwa. Przed fizycznym załamaniem nie remontowanych od dziesięcioleci polskich sieci przesyłowych średniego i niskiego napięcia, na odnowienie których nikt nie ma środków. Przed brakiem pracy dla absolwentów nikomu do niczego niepotrzebnych i niczego nie uczących kierunków studiów. Przed załamaniem finansów publicznego systemu opieki zdrowotnej.

Staramy się przedstawiać rozwiązania wypracowane w oparciu o najlepszą wiedzę, jaką możemy dysponować. Zapraszamy do współpracy wszystkich, którzy chcieliby się podzielić swoimi przemyśleniami, a mają stosowne, specjalistyczne przygotowanie. Jak do tej pory wygląda na to, że każdy z możliwych do przewidzenia skutków czy to wzrostu cen paliw kopalnych, czy to załamania systemu finansowego – jest do rozwiązania. Indywidualnie, na skalę pojedynczej rodziny, w najgorszym razie – jakiejś grupy sąsiadów, bo polityką i zmianami systemowymi zajmować się nie zamierzamy. A przynajmniej: można w ten sposób dolegliwość skutków takiego czy innego braku znacząco złagodzić. Bez masowego głodu, epidemii, wojny, rewolucji i śmierci 9/10 mieszkańców Polski. Czyli: bez katastrofy właśnie! Jak w takim razie można nasz projekt nazywać „katastroficznym“..? „Anty-katastroficznym“ – to już prędzej! Niezależnie od tego, czy nasze ćwiczenia umysłowe są tylko sztuką dla sztuki, czy też – co nie daj Panie Boże – komuś się naprawdę w życiu przydadzą…

Innymi słowy: p. Wesołowska trafiła kulą w płot. Lenistwo intelektualne którego się dopuściła jest jednak łatwe do naprawienia – wystarczy, że zdecydują się Państwo na publikację powyższej polemiki. Pozostaję z poważaniem,

Jacek Kobus

Współzałożyciel portalu Agepo.pl

Autor bloga „Konie achałtekińskie i… inne sprawy!“

W naszym klimacie znaczna część dostępnej nam energii jest zużywana po prostu na ogrzewanie. Temperatura otoczenia to jest po prostu kwestia komfortu i przyzwyczajeń, a oczywiście w ekstremalnych sytuacjach także zdrowia i nawet życia. Oczywiście tu także działa substytucja- nie tylko pomiędzy poszczególnymi rodzajami ogrzewania, ale też pomiędzy żywnością i ogrzewaniem (im niższa temperatura tym więcej żywności potrzeba).

Ale policzmy sobie ile tak naprawdę potrzeba energii dla zwykłego życia. Przy założeniu 4 osób w domu o powierzchni 100 m2 i kubaturze 250 m3, temperaturze zewnętrznej 0 st C., gdzie wewnętrzna temperatura wynosi 20 st. Założenia raczej zwykłe.

Przy tej ilości osób minimum fizjologicznym jest wymiana 20m3 powietrza na godzinę- choć taka akurat spowoduje mało przyjemne wrażenia zdrowotne. Sensowna i komfortowa jest wymiana 50-100 m3 powietrza- które po prostu należy ogrzać. I to jest absolutne minimum.

Oczywiście są też straty ciepła przez ściany, podłogę i dach- je można ograniczyć bardzo mocno- choć tu są po prostu granice inwestycyjnego rozsądku.

Ale zaczynamy- dla ogrzania 100 m3 suchego powietrza potrzebne jest 0,023 Kwh- czyli śmieszna mała ilość. Przy wilgotnym liczba ta jest mniej-więcej dwukrotnie wyższa

To są podane koszty na godzinę- idealnie zaprojektowanego i wykonanego domu. Oczywiście takich nie ma i należy doliczyć utratę ciepła na wszystkie możliwe inne sposoby- w tym wypadku przede wszystkim przenikanie przez ściany i stropy- na co remedium oczywiście jest izolacja.

Według obecnych norm budowlanych minimum izolacji to tyle, aby utrata ciepła nie przekraczała 0,3 W/m2K, czyli w naszym przykładzie 6 W/m2, co przy powierzchni zewnętrznej ~200 m2 dałoby 1,2 KW.

To jest po prostu dobrze zaprojektowany i wykonany dom- zgodnie z normami, acz ze znakomitą wentylacją. Można śmiało założyć, że grawitacyjna tak doskonale dostosowana do potrzeb nie istnieje- więc kolejny wydatek energetyczny- utrzymanie mechanicznej wentylacji. Co prawda mocno podejrzewam, że dobrze wykonany tradycyjny wiejski piec zapewniał przy okazji doskonałą wentylację z możliwością stosownej regulacji – ale zapewne ostatni zdun, który potrafiłby dobrze to wykonać zmarł z 40 lat temu.

Oczywiście nic nie jest idealne i musi być pewien zapas dla usunięcia najgorszego wroga każdego budynku w naszym klimacie- wilgoci. Na odparowanie każdego litra wody potrzeba 0,63 KWh. Jak widać nie jest to mało. Można też śmiało założyć, że w normalnie utrzymanym budynku ten litr wody średnio zawsze trzeba w zimie odparować i wyrzucić. Podejrzewam, że jest to znacznie więcej- ale ograniczmy się do podwojenia tej wielkości- i przy ogrzewaniu zawsze należy mieć to na uwadze- inaczej po prostu się w kilka lat budynek zniszczy (moim skromnym zdaniem nieodwracalnie), a towarzystwo grzyba na ścianie nie jest ani estetyczne, ani zdrowe.

Mamy więc odrobinę podstawowych danych na jedną stronę równania- jest to około 2,5 Kwh/h, czyli 60 Kwh/dobę. Jest to z drobnym zapasem minimalna ilość energii potrzebnej dla utrzymania komfortu, zdrowia i budynku w naszym klimacie. Budynku zaprojektowanego i zrealizowanego w prawie idealny sposób- choć mieszczący się jeszcze w ramach ekonomicznego rozsądku.

Teraz- ile to właściwie jest te 60 KWh? W wypadku prądu używanego bezpośrednio do ogrzewania- odpowiedź jest akurat bezpośrednia i prosta. Ale na dłuższą metę raczej możemy zapomnieć o używaniu prądu bezpośrednio do ogrzewania. Jest on w końcu produkowany z węgla, a bezpośrednie użycie węgla jest z całą pewnością bardziej wydajne energetycznie- choć też niekoniecznie, ale to zaraz.

W wypadku spalania- czy to gazu, paliw płynnych czy stałych, mamy nieco bardziej skomplikowaną sytuację. W grę w chodzi jeszcze sprawność pieca i reszty instalacji.

Znów pewien szacunek- naprawdę trudno dojść do wiarygodnych danych w gąszczu propagandy producentów różnych gadżetów. Więc przypuszczam, że maksymalna możliwa sprawność ogrzewania to ok 80% i to jest możliwe do osiągnięcia alternatywnie- przez tradycyjny wiejski, bardzo dobrze zbudowany piec lub supernowoczesną instalację CO z odzyskiem ciepła ze skroplin- czyli wymuszonym ciągiem. A dlaczego tak? Otóż instalacja CO z definicji jest dość nieefektywna. Piec znajduje się w pomieszczeniu, które ogrzewania nie wymaga (ciepło jest tracone), a pomieszczenia są ogrzewane pośrednio (poprzez wodę)- co również nie jest efektywne. Ponadto akcesoria (sterowanie, pompy, itp.) zużywają energię i oczywiście obniżają sprawność- która łącznie, jak przypuszczam, wyniesie właśnie około 80%.

Czyli załóżmy, że przy spalaniu potrzeba nam 75 KWh na dobę dostarczone w postaci paliw.

Co przy sezonie grzewczym trwającym 5 miesięcy daje ilość 11250 KWh.

A teraz przeliczenie dla poszczególnych rodzajów paliw:

1 kg suchego drewna od 4,1 do 4,4 KWh

1 kg węgla od 5,5 do 7,8 KWh

1 m3 gazu ziemnego, 1 l oleju opałowego lub 1 kg LPG to około10 KWh (dlatego właśnie wolałem liczyć w KWh, a nie w joulach- typowych dla ciepła :) )

Minimalne zużycie opału na sezon to jest jak można policzyć 1150 m3 gazu ziemnego, l oleju opałowego bądź też kg LPG. Lub też 9000 KWh prądu elektrycznego. Co przy dzisiejszych cenach pokazuje, że ogrzewanie olejem opałowym lub płynnym gazem jest pozbawione większego ekonomicznego sensu- albo zupełnie inną rzecz- że prąd elektryczny jest podejrzanie tani. I raczej to drugie jest prawdziwe- co, jak już zaczyna być wiadomo, źle się skończy dla sieci energetycznych.

Ale oprócz tego mamy jeszcze drewno- i będzie trzeba do niego w coraz większym stopniu wracać. Potrzebne jest więc na sezon grzewczy co najmniej 2,5- 2,7 tony drewna. Przeciętny przyrost masy drewna w lesie w Polsce wynosi 3,5 t/ha – co jak łatwo policzyć wymaga dla samego ogrzania 14,277 mln gospodarstw domowych (szacunek GUS na 2008 r.- ostatnie dane pochodzą z 2002) około 10,56 mln ha lasów. Powierzchnia lasów w Polsce wynosi 9,1 mln ha. Czyli nawet teoretycznie nie wystarczy.  Choć oczywiście pełen przyrost biomasy jest wyższy- ale niewielka możliwość wykorzystania jako opału nie tak wiele poprawia sytuację.

To też spalimy do gołej ziemi

Tylko- proszę jeszcze zauważyć, że całość przyrostu drewna w Polsce musiałaby być zużyta tylko do ogrzania domów i jeszcze nieco zabraknie. Przy okazji można ugotować ciepły posiłek (ale tylko w zimniejszej połowie roku!) Ciepła kąpiel dla większości społeczeństwa byłaby (będzie?) skrajnym luksusem.

I to wszystko przy założeniu nieprawdopodobnego zwiększenia efektywności energetycznej budynków. Zgaduję, że z obecnie istniejących spełnia ten standard może jakieś 5%. Jako pewne przybliżenie można podać- koszty ogrzewania gazem ziemnym po 2 zł/m3 w granicach 2500 zł/ sezon lub zużycie węgla w granicach 2- 2,5 t na sezon. Są to na polskie warunki ilości brzmiące wręcz bajkowo nisko- przy utrzymaniu komfortu cieplnego. I to niestety jest wszystko na co nas stać. I obiektywnie najbiedniejszych nawet na to nie stać.

Co prawda w powyższym zestawieniu zabrakło ogrzewania miejskiego z elektrociepłowni- jak też zdecydowanie niższych potrzeb energetycznych mieszkania w bloku- ale tak jak ceny tego pierwszego się właściwie nie da przyzwoicie obliczyć, a w drugim wypadku jest to właściwie różnica jakości izolacji (którą zapewniają sąsiedzi) i potrzeby grzewcze mieszkania i dobrze izolowanego domu są właściwie identyczne.

Także spodziewać się możemy wykorzystania do ogrzewania wszystkiego co się da- a i tak zapewne będzie to przez najbliższe dziesięciolecia coraz większy problem. To wszystko ma sens przy optymistycznym i raczej nierealnym założeniu szybkiej przebudowy obecnej infrastruktury mieszkalnej w kierunku skrajnej efektywności energetycznej. Bez spełnienia tego warunku aż strach się bać.

A należy mimo wszystko założyć, że paliwa kopalne (a także prąd z nich wytwarzany) w niezbyt długiej perspektywie staną się dostępne głównie dla przemysłu- i to tylko tam, gdzie nie da się ich zastąpić.

Oczywiście pierwszą, najłatwiejszą i konieczną rzeczą będzie drastyczne zmniejszenie ilości gospodarstw domowych- co najzwyczajniej w świecie oznacza powrót do rodziny wielopokoleniowej- bo na nic innego nie będzie nas stać. I aby dojść do jakiejkolwiek samowystarczalności energetycznej, liczba gospodarstw domowych musi spaść w przybliżeniu dwu lub trzykrotnie. Oznacza to też, że mieszkań i domów w Polsce jest ewidentnie za dużo

Oczywiście technologia może nam przyjść nieco z pomocą (ale niestety tylko trochę)- a to już temat na następny wpis. Intensywnie nad tym pracuję- a jakby co, w ramach rozwoju projektu jesteśmy do dyspozycji